W leszczyńskim Miejskim Biurze Wystaw Artystycznych trwa wystawa malarstwa Bogdana Korczowskiego - krakusa z urodzenia, paryzanina z wyboru. Jego prace mozna bylo ogladac rok temu, podczas wystawy w poznańskim Arsenale.
Korczowski jest malarzem podróżnikiem, nie pielgrzymuje jednak do muzeów i galerii. Wybiera miejsca specyficzne i w jego mniemaniu autentyczne - Maroko, Amerykę Polnocna, pustynie i lańcuchy górskie daleko na Wschodzie i na Zachodzie, wszędzie tam, gdzie granice państw się zacierają. Gdzie do głosu dochodzi natura i jej prawa bliskie mitologii, tradycji, obrzędowi. Korczowski chętnie udaje się też do krajów orientalnych, które przygotowane są dla oczu i grubego portfela Europejczyka. Szukając autentyzmu życia, wychodzi poza turystyczny szlak, gdzie kończą się mity o pięknie i dobrobycie, gdzie kilkuletnie dzieci noszą na plecach swoje rodzeństwo, gdzie życie uzależnione jest od czyjejś łaski lub niełaski, od łaski i niełaski pogody. Dotarcie donikąd w przepoconej koszulce i zabłoconych wojskowych butach jest dla niego inspirującym przeżyciem. Odkrywa miejsca dawno odkryte, ale robi to z wrażliwością i dociekliwością naukowca, wkładającego palec w skalną szczelinę. Interesuje go symbolika i atmosfera miejsc. Pod jej wpływem maluje, staczając walkę z płótnami, deskami, papierami i kartonami. Jego obrazy sprawiają wrażenie, jakby przeszedł po nich huragan: pochlapane, rozdarte, obsypane piaskiem, uciekające z blejtramów. Jakby niedokończone, z grubą warstwą farby, ale ciągle otwarte na interpretację i czekające na decydujący ruch pędzla.
W latach 80. Korczowski osiedlił się w Paryżu. Od tamtej pory w Krakowie jest jedynie gościem, choć - jak twierdzi - nigdy z niego nie wyjechał, bo od wspomnień i Kantora nie można uciec. - Kraków noszę w sobie i to on utrzymuje mój artystyczny kręgosłup - dodaje Korczowski, podkreślając wagę koloru. - Szarość traktuję jak pomarańcz, czerń - jak czerwień - opowiada o ciepłej gamie barw. - Dla malarza najważniejsze jest miejsce urodzenia. Stamtąd pochodzą upodobania kolorystyczne. Dla mnie to gnijący Kazimierz i odrapane mury - dodaje artysta.
Powierzchnia płócien Korczowskiego ma swój ciężar, a fakturą przypomina tłustą glinę, którą można modelować, dopóki nie wyschnie. W niej artysta końcówką pędzla drapie i ryje, wpisując swoje rozumienie świata. Powstałe rowki i sznureczki przypominają litery i wyrazy, których jednak nie sposób odczytać. - Bo to nie pismo, ale rysunek - wyjaśnia, pochłonięty nakładaniem warstw koloru. Tętniące barwy ścierają się ze sobą, przesuwają własne granice, atakują, kontrastują ze sobą. Spod słonecznej żółci wyzierają soczyste zielenie, granat, czerwień i brąz, pokazując, jak wiele razy artysta podchodził do pracy. Korczowski wykorzystuje płótna grubo tkane, materiały z fakturą i we wzory, tekturę falistą, która rwie się i rozdwaja. Dotyka materii, by zetknąć się z tzw. mięsem malarskim - tłustą farbą, płachtą pracującego płótna - naciągniętego, zgniecionego, poprutego. Daje upust emocjom, zachlapując powierzchnię. Malarstwo to dla niego śmiertelna gra, wymagająca całkowitego oddania. - Obraz żyje wtedy, gdy jest tworzony. Cały czas się rodzi, przecieka, wysycha i pęka - mówi zaabsorbowany.
Tajemnicze oddziaływanie jego płócien rozpoczyna się wraz z rozpoznaniem na nich kształtu znaku piramidy, krzyża, szubienicy, słońca, księżyca. Malowanie to dla Korczowskiego rytuał, ale nie związany z religią. Bardziej z magią. - Pracuję z kolorami i sam sobie opowiadam bajki - przyznaje artysta. - Jestem mitologicznie uniwersalny - wyjaśnia swe zainteresowanie dla rytuałów Indian amerykańskich, rysunków odnalezionych w jaskiniach i na pustyni, mitologii, osobowości Witkacego i Kantora.
Ciągłe powroty do płócien, płynięcie na fali rzeki obrazów jest dla niego świetną okazją do ukrywania własnej osoby pod wieloma symbolami i warstwami. Każdy obraz to sekret, zapis euforii i zniechęcenia, radości i gniewu, aktywności i bierności, ważnych decyzji i chwil wahania. Korczowski nazywa swe malarstwo - dość karkołomnie - abstrakcjonizmem symbolicznym. Uważam, że jego twórczość broni się bez wciskania w ramy pseudokierunku, ale artysta widocznie ma co do tego wątpliwości. Poczekajmy więc cierpliwie, aż stoczy kolejną walkę z rzeką obrazów i zatrzyma na nich spojrzenie, tak jak robi to widz, uwiedziony tajemnicą rozdartych na jego płótnach kolorów.
Bogdan Korczowski nie maluje obrazów, tworzy swoistą kosmogonię. Jego płótna to planety, gorące lub zimne, utworzone z krwi, ognia, popiołów. Wszystkie emanują tajemnicą, zagadką, którą ów artysta-szaman stara się rozszyfrować dla swych współczesnych - mówi o obrazach artysty francuski krytyk Marianne Boileve. Barwne, ogniste i żywe obrazy Korczowskiego odwołują się do kategorii czasu: jego przemijania, trwania w pamięci i odciskania się na płaszczyźnie płótna. Artysta nazywa swe malarstwo abstrakcjonizmem symbolicznym, za pomocą znaków stara się opowiadać o stałości czasu, którą odczuwa. W tym celu bada przeszłość, sięga do korzeni, do początków własnego życia i odebranego wykształcenia w swej duchowej stolicy - Krakowie.
Dalekie podróże poszerzają zbiory jego symboli, choć nie zawsze mogą być przez niego odczytane. Podczas wyprawy do świętych miejsc Indian Korczowski natknął się na mury wypełnione ornamentem. Rysunki odzwierciedlające porządek świata mógł odczytać jedynie szaman. Artysta z Europy wyobraził sobie jednak opowiadane przez nie historie. Oglądanie jego obrazów to przemierzanie dróg zagadkowej trwałości istnienia pojęć czasu i symbolu w pamięci.
Bogdan Korczowski urodził się w 1954 r. w Krakowie. Rozpoczęte w krakowskiej ASP studia malarskie kontynuował w ecole Superieure des Beaux Arts w Paryżu. W 1986 r. został stypendystą Conseil Regional dlle-de France w Paryżu, a w 1988 - stypendystą Fundacji Pollock-Krasner w Nowym Jorku. Wystawiał prace na wielu indywidualnych pokazach, zarówno w Polsce, jak i we Francji, Szwecji, Szwajcarii i Włoszech.