|
Pierwsze co zrobila
jak sie spotkali,to sie porzygala.
W polowie zdania zrobila
sie szaro-zielona i poszla do lazienki. A przeciesz wszystko mialo byc
inaczej. Kiedy przyszedl, ostatni, na te kolacje do Doroty to czul sie
taki spokojny. Szedl jak do ciotki. Naje sie, porozmawia I wroci spac.
Dobrze mu to zrobi, pomyslal. Przeszedl wlasnie przez kilkumiesiecznia
dziure. Kiedy przestal wyc i bic glowa o sciane, po tym wszystkim, po
tym jak sam poderznal gardlo tej, ponad czteroletniej milosci, jak strach
zwolnil tempo, strach pustych nocy, jak przestal sie bac sie ludzi i bac
sie wyjsc z domu, to postanowil zadbac o siebie. Taka spokojna kolezenska
kolacja dobrze mu zrobi. Czul sie bezpieczy. Kiedy wszedl, to oni juz
pili od dawna. Dorota dawala tempo. Jestem "A", a ja jestem
"B", przedstawili sie. Male zacisniete powieki. Pare minut pozniej
powszla zwymiotowac. Siedzieli potem przy otwartym oknie. Zimne powietrze
dobrze jej zrobi. Oziembia sie. Powiedzial. Tak jak w Krakowie. Odpowiedziala.
Shit. Ty tez? Znowu tamto miasto, fala strachu, ale nic, jest przynajmniej
temat do rozmowy. Otworzyla zacisniete oczy. No co ? Jest OK ? taaaak,
moge pic z powrotem. Mruknela.Trudno, trzeba byc grzeczny i tez sie napije.
Pomyslal. Dorota dolewa i dolewa. Ostre tempo. Moze zatanczymy? Jest milo.
Spokojnie. Cieplo. Bezpiecznie. Ona mu cos przypomina. Aha,tak, juz wiem,
to ten plakat w metrze. Pomyslal. Tak,tak ,to ta piosenkarka, Axel Red,
z belgijskim akcentem!. Uspokoilo go to. Zrobio sie pozno, wszyscy ledwo
stoja na nogach. Powoli sie oproznialo. Trzeba wracac. Zawioze ja taksowka
I pojade dalej do domu ale zeby tylko nie chorowala w taksie. O niczym
wiecej nie myslal. Nagle otrzezwial. Uslyszal ja. Kiedy taksowka podjechala
, to powiedziala: Jedziemy do Ciebie. To mu sie nie wydawalo. Tak powiedziala.
Nawet to nie brzmialo jak zapytanie. To bylo tylko potwierdzenie. Jak
wiadro zimnej wody , otrzezwial. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
W samochodzie bylo cicho I potulnie, bezpiecznie, nic nie mowili, lekka
muzyka usypiala. Glaskala jego dlon. W windzie przytulila sie do niego.
Zapalil swiatlo. Poczekaj, musze wlaczyc ogrzewanie. Powiedzial. Tu jest
piec metrow pod sufitem. Zawsze zimno. Kiedy juz wrocil do ogrzanego pokoju
to lezala na brzuchu, rozebrana, w bialych majtkach. Przez sekunde sam
jeszcze nie wiedzial ze juz to gdzies widzial. To nie bylo tu, tylko w
tamtym hotelu w Rzymie. Ale jeszcze o tym nie wiedzial. Zsuna jej te biale
majtki i zaczal ja lizac. Wszystko stalo sie tak nagle odlegle. Tyle razy
sobie obiecywal ze juz nigdy wiecej nie bedzie sie tak szybko wkopywal,
ale to dzieciece, jasne, matowe cialo odpowiadalo z cichym przymrukiem,
oddalajac jego wlasnal niepewnosc. Czas przestal miec wartosc. Wszystko
bylo tak jak chcial. Poczul sie wolny. Nareszcie wolny. To byla pierwsza
noc gdzie nie myslal o Rose, pierwsza noc gdzie zapomnial o Rose. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Ranek. Kac. Caly nastepny dzien przespal na
potwornym kacu. Zebra mial jak polamane. Ale czul sie dobrze. Poznym wieczorem
nie mogl zasnac. Za duzo spalem. Pomyslal palac papierosa za papierosem
na mezzaninie. Nagle flash. Nie to nie byl plakat z piosenkarka Axel Red.
To bylo gdzies indziej. Jego mozg zaczal pracowac na milionowym obrocie.
Archiwum. Zdjecia w galerii u Yves'a. Wystawy. Gdzies juz ja spotkal.
Tylko gdzie? Jego obsesyja pamiec do obrazow dala znak. Znowu flash. Tak,
wiem, jest, to bedzie tu. Wstal, wlaczym komputer i sie zaczelo. Roy.
Tom pierwszy, drugi , trzeci I czwarty. Albumy Taschen. Fotografia przez
wielkie F. Tak. Tak to tam bylo. Ten Hotel w Rzymie. Biale majtki. Wyspy
Kanaryjskie. Basen. Palmy. To samo zacisniete spojrzenie. Potwierdzenie.
Nawet nie przypuszczal ze tak szybko bedzie mial dosyc. Dlaczego to wlasnie
ONA? . Po co ja w tm grzebie? Szukal dalej. Znalazl tez te zdjecia ,ktore
go zbily z nog. To tez ona. Ostro. Sam sobie wybrales ten swiat. Uslyszal.
To on powiedzial sam do sobie na glos.Tak ten Swiat. Swiat Sztuki. Jeden
Wielki Burdel. Jego mistrzowie: Araki, Helmut Newton , Jan Saudek no I
ten Roy . Jego wlasna praca to ten sam nurt. Inaczej, bokiem, ale to ta
sama rzeka. Jego Fototeka. Jego Panienki. Jego Mlode panienki. Sztuka.
Milosc. Wielka Sztuka. Burdel. Ucieczka. Wylaczyl komputer. Byl wyczerpany.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Rano przyszedl mail: "Podoba
mi sie jak mowisz ze zamiast rozumiec nalezy czuc sztuke, bo to o to chodzi,
mam nadzieje ze sobie jeszcze o tym pogadamy"
Wytlumacze Ci.
Inaczej. Nie e-mailem. Dam ci poczuc te Sztuke. Pomyslal. Wyszedl na piate
pietro. Male, mile studio na poddaszu. Kot. Fritz. Najpierw przywital
sie z kotem. Potem z nia. Chcesz wodki?. Nie. Jedno jedyne zdjecie. Jej
portret. To Roy ci zrobil? A z kat ty to wiesz? Znasz Roy'a? Zapytala,
jak przestraszony ptak. Spokojnie. Nie wszystko na raz. Porozmawiajmy
o Sztuce. Opowiedzial jej o sobie. Duzo. Uspokoila sie. Opowiedzial jej
wiele, zbyt wiele, ale chcial aby sie uspokoila. W ciemnosci jej cialo
oswietlone bylo tylko mala strozka swiatla z ekranu niedomknietego komputera.
Popatrzyla na niego tylko raz. Moze to tylko raz otwartymi szeroko oczami.
A tak to miala zacisniete powieki. Lubisz Bol? Bol jest bardzo blisko
rozkoszy. Powiedziala. Shit. Nie widzial jej oczu, ale moze tylko patrzyla
tak przez zacisniete powieki. Potem lezeal caly spocony I cieszko dyszal.
Rozmawiali przez chwile. Dla mnie Milosc to dobry Sex. Powiedziala. Taaak?
Ktos tu czegos nie rozumie. Potrafi sie kochac ale nie potrafi kochac.
Zimny bunkier. Zasieki. Po tym wszystkim wtulila sie w niego I zasnela.
Rano padal snieg. Bylo czyste zimne powietrze. Miala radosna, dziecinna
twarz. Rozluzniona. Sama pocalowala go w metrze. Tak jak czasami widac
kochankow na ulicy. Zazartowala. Znowu czul sie dobrze. Po tym wszystkim
co przeszedl nadszedl krakowski mokry snieg . A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Pamiec. Jak "Gdzie sie podzialy niegdysiejsze sniegi?"
Tytul z Tadeusza Kantora. Tamten snieg, tamte ulice. Krakow. Teraz Paryz.
Realnosc. Rzeczywistosc. Walka. Stal przy oknie pracowni i patrzyl na
biale platki spadajace na szare dachy. Tak moze byc zawsze. Pomyslal.
W wydawnictwie Tachen mieli tylko trzeci i czwarty tom. Kupil trzeci bo
czwarty byl slabszy I drogi. Zadzwonil telefon. Przyjde po pracy, powiedziala.
Przygotowali sobie picnic I obejzeki turecki film Head -On. Wspanialy
film. Robiony przez niemieckich turkow. Turcja. Ona tez tam krecila film.
Tytul
"Z dala od domu", czy cos takiego. Istambul. Konstantynopol.
Bizancjum. Grecja -Turcja. Byl w tamtym regionie wiele razy . Z Claudine.
Z Nadia. Z Myriam. Z Sandrine. Byl tam bardzo szczesliwy. Bizancjum. Estetyka.
Piekno. Sztuka. Slonce. Podroz. Ucieczka. Byl wyczerpany. Zmarzniety.
Wlazl do wanny. Wslizgnela sie za nim. Umyl jej stopy. Polozyla mu na
twarzy te swoje male zmeczone stopy. Pocalowal. Ssal. Byl wyczerpany od
dawna. Od wielu miesiecy bardzo zle je. Pali. Zle spi. Bierze Prochy,
aby spac. Praca, Praca, jedno wazne to jego praca. Zajebal sie kiedys
ostro Lexomilem . Chcial po prostu spac. Tym razem kochali sie krotko.
Zbyt krotko. Potem dlugo rozmawiali i palili papierosy. Nikomu nie pozwalal
palic w sypialni, ale palenie ja rozluznia, tym bardziej ze mowi, przy
tym duzo i szybko. O sobie. Powoli wypelnia sie mozaika wspomnien. Sluchal.
Myslal. Co ja wtedy robilem ? Z kim wtedy bylem? Daty. Daty. To jego specialnosc.
Opowiadala mu o swoich przygodach, podrozach. O Sukcesach, kleskach, porazkach,
o "chlopakach". Chcialam sie tak nauczyc zycia. Powiedziala.
Myslal ze walnie glowa o szafe. To nie jest ta szkola. Nic z takiej nauki
nie wynika. To nie tak, ale trudno. Sama tego chciala. Teraz jest za pozno.
Kiedys bedzie odgrzebywac te zasypana studnie. Zajmie jej to duzo lat.
To ja dopiero czeka. Narazie to Bunkier. Zimny bunkier. Ucieczka. Wieczny
poscig. Brak wyboru. Nie jej wina. Zaczelo sie jak dla wielu. General
Jaruzelski. Pierwsza ucieczka. Oboz. Potem druga. Nad daleki zimny polnocny
Pacyfik. Potem trzecia w druga strone. Ucieszka DO Krakowa. Nastepna.
Potem ucieczka Z Krakowa. Paryz. Spotkanie Roy'a. Ile miala lat.19? O,kurwa,
pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Kochali sie. Nie patrzyli
sobie w oczy. Unikali swojego zwroku. W srodku nocy zobaczyl ja. Spala
na plecach z wyciagnietymi rekami przed siebie. Trzymala je prosto wycelowane
w sufit. Tak jakby sie chciala obronic. Cos odepchnac. Nie dopuscic. Patrzyl
przez chwile. Opuscil te napiete rece. Wtulila sie w niego. Przestala
sie trzesc jak lisc. Jej oddech stal sie regularny. Patrzyl na nia w mroku.
Miala rozluzniona twarz. Dnia nie pamieta. Wieczorem przyszla fotografka
Sara i przyprowadzila modelke. Sara bedzie robic swoje zdjecia w jego
pracowni i odwdziecza sie za to modelkami dla niego. Modelka. Cala ubrana
na czarno. Czarny makijaz. Gotycka. Chuda. Tak chuda ze jak sie rozbierze
to zniknie. Tak do niej wlasnie powiedzial. Chyba sie obrazila. Zmyla
sie. Chyba juz nigdy nie przyjdzie. Niewazne. Byl daleko ot tego. Woli
myslec o kims innym. O niej. Bedziesz mi pozowala? Naprawde tego chcesz?
Chce. Bardzo chcial jej robic zdjecia. Chcial sie na nia patrzec, ogladac,
glaskac zwrokiem. Piescic oczami. Ona doskonale wie o co chodzi. Byla
juz wielokrotnie na planie. Wie co jest grane. "Patrzenie jest zwiazane
z dotykiem, ktory jest seksualnie niezbedny"...mniej wiecej tak pisal
Zygmund Freud. Psychoanaliza. Pschychoterapia. Ale on musi sam dojrzec
do tych zdjec z nia. Patrzyl na jej stopy w trampkach i myslal o tym zdjeciu
Roy'a gdzie stoi w szpilkach na brzuchu faceta I trzyma sie sciany. Tom
trzeci. Okladka. Musisz dbac wiecej o te stopy. Powiedzial. Lubie nosic
trampki. Burknela. Zdjecia. Przypomnial sobie te z Warszawy. Nawet tam
byla z Roy'em. Warszawa. Obce miasto. Bal sie tego miasta. Pierdolony
krakus w stolicy. Duza wystawa w Zachecie. Sukces. Dawno. Niesmiertelnosc.
Przed wernisazem poszedl na koncert lokalnych punk-ow. Stary brudny namiot.
Bloto. Ale milo. Przyszedl odprezyc sie. Monika. Z Plocka. Malolata. Lizala
go calego. Jak kot. Wszedzie, przez cala noc. Napisali mi na drzwiach
gownem: Zydowa. Tak sie zalila przez lzy. Skurwele. Powiedzial. Spiepszaj
z tad. Poradzal. Wypierdalaj z tego kraju. Namawial. Zadepcza Cie. Lekcja
nie poszla na marne. Znalazla szmal. Bilet w jedna strone. Lewa wiza od
kolezanki. Potem czesto pisala z Kanady. Przysylala zdjecia. Po drugim
dziecku zbrzydla. Utyla. Wyrzucil zdjecie. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Zostal tylko jego obraz z tytulem: "List do Plocka".
Plock. Nigdy tam nie byl. Stach przed samym soba. Strach ze lekcja poszla
na marne. Strach ze sie sam niczego nie nauczyl. Wrazliwosc. Poezja. Bol.
Spac. Zapomniec. Myslec tylko o pracy. Dzielo. Sztuka. Tak bedzie lepiej.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wrocila ostra chec robienia Fototeki.
Polaroid. Jego Fototeka. Ile tego juz zrobil? Ile modelek, panienek, dziewczyn?
Nie pamieta. Szczepki ciala. Fragmeny. Brak twarzy. Anonimowosc. Rozproszenie.
Pamietal jak jedna sie posikala ze strachu. Myslal ze ja za to uderzy.
Polala caly materac. Nigdy jeszcze tego nie robila. Kajdanki. Nigdy nie
brala do dupy. Plakala. Jak miala na imie? Zaraz. Valerie ? . Mscil sie.
Umial sie mscic. Kiedys. Teraz juz nie. Skurwel. Pomyslal o sobie.Byly.
Buddysci wybili mu to zglowy. Nie ma juz zemsty. Nie ma juz walki. Okopow.
Odwetow. Juz nie potrafi. Fototeka. Od dawna nie robil zdjec. Przerwal
wszystko, spakowal. Wrocil do malarstwa. Jestem malarzem, powiedzial.
Przerwal wszystko po tym jak Deborah zginela. Rozjechal ja jakis kutas
jak psa. Nawet niczego nie poczula. Wracala wieczorem na rowerze. A ten
buc jechal 180 km na godzine. Miala takie cholernie piekne, dlugie, ciemno-
brazowe matowe cialo. Jej kolor pochlanial cala sile swiatla flashu z
aparatu. Polaroidy wychodzily ponure. Inne. Deborah. Nigdy nie trzymal
jej w ramionach. Nigdy sie nie kochali. A teraz juz jej nie ma. Za pozno.
Zostaly tylko te zdjecia. I jej niedokonczona muzyka. Nagrywala plyte.
Wracala z proby. Jak wyszedl z cmentarnego krematorium to powiedzial sobie
: Nigdy nie wroce do zdjec. Spakowal fototeke. Chcial zapomniec. Teraz
wie ze to nieprawda. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wymienili
maile. Poslaj jej tekst napisany przez Amelie. Dowiesz sie czegos o mnie
Napisal. Czy przeczytala? Tak. Wszystko zostawia jakis slad. Nawet jak
sie nie chce. Slady jak na sniegu. Nie wiemy o tym ze jak bedzie trzeba,to
po tych sladach zawsze mozna wrocic kilka metrow. Nawet we mgle. A przeciesz
ta Amelie chciala byc taka dyskretna. Bez sladow. Czysto. Sterylnie. Kazda
sobota. W poludnie. Przez wiele miesiecy. Wygodnie. Bez restauracji, kina,
teatru, wydatkow, rozmow , spacerow. Mezatka. Strach przed spotkaniem
kogos znajomego. Brak zdjec. Dyskrecja. Uwazala ze tak lepiej ,a przeciesz
tyle sladow zostawila. I ten tekst "Love Letters". A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Znowu pomyslal o Rose. Pomyslal znowu o tym
co mu nie wolno. Cisza od Rose. Chce sama udowodnic ze da sobie rade.
Nie dzwoni. Nie prosi. Jest silna. Bo zabrala, ukradla mu cala sile. Negocjowal
swoja kapitulacje. Nic to nie dalo. Zabrala szystko. Nie zdawal sobie
wtedy sprawy ile. Nawet klucz do jego tajemnic. Wszystkich. Najglebszych.
Czuje sie jak wyprany. Slaby. Miekki. Myslal ze mogl liczyc na siebie.
Myslal ze jest silny mowiac: Masz 48 godzin. Wynos sie. Powiedzial. Gowno.
Teraz nie moze dac sobie rady sam z soba. Kiedy jej uczucie powoli agonizowalo
to rzucila mu w twarz: Mozesz sobie piepszyc kogo chcesz. Tylko zebym
o tym nie wiedziala. Zezwolenie. Amnestia. Shit. Tak poznal Amelie. Bez
poczucia winy. Raz w tygodniu. Sobota. Za dlugo to trwalo. Dlatego to
stale zmeczenie, wyczerpanie. Musi uwazac na siebie. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Wieczor. Zadzwonila. Rozmawiali dlugo przez telefon.
Luz. Temat: podroze. Mowili o podrozach. Lubi to jak on. O prawdziwych
podrozach. Nie o ucieczce. Mowil o tym co jest Piekno, Sztuka, Art, Artysta.
Rozpedzil sie w monolog. "Ja nie jestem artystka" odpowiedziala
nagle. Ona nic nie rozumie. Burdel. Kurt Vonnegut napisal ze jedni ida
do lozka aby sie pieprzyc, a inni zeby porozmawiac. Ja tez, porozmawiac,
odpowiedziala. Zdziwil sie. W jakim jezyku? . Staral sie o nic wiecej
nie pytac. Odlozyl sluchawke. Bo trzeba umiec zniesc konsekwencje odpowiedzi
na zadawane pytania. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Maszyna nadziei.
To byl tytul jego obrazu: "Die Hofnungs Machine Ist An". "Maszyna
nadziei ciagle wlaczona". Po niemiecku. Obraz z serii "Love
Letters". " Rose. "Widocznie mozna zyc bez powietrza."
Jak piszesz do mnie to nie wystukuj na maszynie, tak, tak, taaak, tak"
... tak spiewala w Piwnicy Ewa Demarczyk poezje Pawlikowskiej. Znowu Krakow.
Zapomniec. Nie myslec. Przyszla pozno. Czerwony plaszcz. Czerwony kapturek.
Dziki wilk przebrany w owieczke. Bambi. Czerwony plaszczyk. Przytulil
jej wlosy. Ona pachnie troche tym Krakowem. Ale inaczej, bo nie zyje tam
od dawna. A moze to tylko te papierosy w jej wlosach tak pachna? Moge
umyc glowe? Jak to ladnie brzmi po polsku. Pomyslal. Mycie glowy. Przed
sexem.
On sam od dawna nie mowil tym jezykiem w lozku. Brakuje skojazen. Ale
teraz slowa powracaja. Powracaja jak dalekie wspomnienia. Zazartowal:
Las Vegas, Las Palmas, Las Wolski. Test. Trzeba sie urodzic w Krakowie
aby zrozumiec ten zart. Natychmiast wybuchnela smiechem. Jej smiech byl
ostry, gleboki, troche przez nos. Kurcze. Kurcze. Mowila czesto. Mowila
to przez nos. Lubial sluchac tez ten sam smiech nagrany na jej sekretarce.
To irrytuje ludzi. Powiedziala. Mnie nie. Pomyslal. Mnie juz nic nie irrytuje.
Jak sie kochali to czul ze ma jeszcze wilgotne wlosy. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Fototeke rozpoczal robic jak spotkal Nadie. Nadzieja.
Nadia i jej brazylijski tylek, ktory obnosila jak sovieccy generalowie
medale. Nastepna modelke przyprowadzila sama Nadia. Wiedziala czego mu
brak. Testowala go. Wiedziala czego chcial. Mlode. Test. Czy ja zdradzi.
Nie zdradzil, ale i tak odeszla. Potem przyszly inne. Duze,male, cienkie,
grube. Mlode. Niektore bardzo mlode. Pamieta je wszystkie. Ale jak we
mgle. Najlepiej pracowala Sophie. Kochala to. Lubiala samo to, ze sie
na nia patrzy. Sam zwrok ja podniecal. Nigdy nie wiedzial co powiedziec
przy jej mezu. Rozjechala, go zniszczyla. Kiedy to sobie sama uswiadomila,
to wszystko co mu zrobila, to odeszla w 5 minut. Zrobila mu straszna krzywde.
Bylam mloda I glupia. Powiedziala pozniej. Kurwa mac. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. A inne? Kazda miala jakis wlasny powod, aby brac udzial
w fototece. Jedna tylko powiedziala: NIE. Charlotte. Miala 18 lat jak
ja poznal. Wytarl sie w nia jak w klineks. To Charlotte tak rzucila mu
w twarz na dworcu. Przed odjazdem do Wiednia. Kiedys po latach wrocila
na chwile. Jak wspomnial o pozowaniu i zdjeciach to syknela ze mu da znowu
chwile wszystkiego co chce, ale TEGO nigdy mu nie da . Moze naprawde to
wlasnie tylko ona zrozumiala o co tu chodzi. Sztuka. Dzielo. Estetyka.
Pragnienie. Charlotte doprawiala rogi wszystkim znanym facetom , a spala
tylko z gwiazdami, rezyserami, artystami. Imponowalo mu to. Byla jak opetana,
ze jej teatr i jej talent rozpiepszal ja od srodka. Prawdziwy geniusz.
Jeszcze o niej uslysze. Pomyslal. Tak sie stalo. Jeden na milion. Totolotek.
Nieprawdopodobny zbieg okolicznosci. Dyskretna Amelie dorabiala rogi Charlotte
, przed laty w Orleanie. Charlotte dostala szalu. Chciala za wszelka cene
wiedziec, kto napisal " Love Letters ". Nie chcial tego zdradzic.
Jestem gentelmenem. Odparl. "Ty,Ty , bucu, ty chuju, kto to jest
ta dziwka ?". Tak krzyczala. Caly jej zamek z kart sie zawalil. Wszystko
prysnelo jak banka. Prawdziwy Teatr. Teatr zyciem placony. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Ciagle Flash-back. Virginie. Zrobila to z
nim bo byl starszy od jej ojca. Podobny. A z ojcem nie wolno. Jedyna noc.
Wystarczy. Chciala byc biblotekarka po maturze. Opiepszyl ja. Patrzyla
na niego duzymi otwartymi oczam jak sie spienil. Biblotekarka,coo ? Jak
naprawde kochasz literature to pisz, pisz, pisz . Wrzeszczal. Wiele lat
pozniej przeczytal w gazecie ze Virgienie opblikowala juz drugi tom nowel,
czy poezji. Dostala nagrode. Zrobilo mu sie milo. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Agnes. Troche niemka, troche francuska. Cicha, zyje
sama z mala corka. Spotykali sie sporadycznie w dzielnicy. Nigdy nic sie
nie dzialo. Dzinsy. Sweter. Wojskowe buty. Grzeczna. Wiecznie bez grosza.
Troche maluje. Lata sie znali i nic. Przyjazn. Kiedys mina ja na targu.
Poszedl po ostrygi. Chodz na kawe, zrob mi zdjecia. Powiedziala. Zglupial.
Dobrze. Kiedy. Jutro. Przyszla z cala torba. Miala w niej wszystko, nawet
bat I lancuch. Rznij mnie,rznij mnie. Jeczala. Potem rzucila: Ja taka
nie jestem na codzien. Spakowala sie I poszla corke odebrac ze szkoly.
Spotkali sie tak kilka razy. Nadal ja widuje czasami w cafejce. Café
z anarchistami. Bylymi. Nigdy o tym nie mowia. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Zapomniec o Rose. Zapomniec o wszystkim. Rose. Rose Kach.
"Cash". Hiszpanska zydowka. Pireneje. Gory. Natura. Dluga, wysoka.
Wyzsza od niego. Duze ,ciemne oczy, miesiste usta. Cztery lata z nim.
Chodzili po Pirenejach kilkakrotnie. Zyli razem jak w symbiozie. Dzien
po dniu. Razem. 24 godziny na dobe. Pasja I codziennosc. Miala 24 jak
ja poznal. Avignon. Festiwal. On mial wtedy ponad dwa razy tyle. Zapomniec.
Jej smak. Zapach. Jej cichy usmiech. Oczy. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Dzwonek. Przyszla. Pokazal jej ten trzeci tom co kupil u
Taschen'a. Ucieszyla sie. Ozywila sie. To ja, to ja i tu tez ja. A to
ja z Roy 'em. Pokazywala. Wiem. Napisala na jednym zdjeciu: Ilekroc bedziesz
przegladal te ksiazke to bedziesz tesknil za moimi abdos. Czy cos takiego.
Juz teskni za jej abdos. Wlaczyl komputer. Zrobil blad. Pokaze ci moje
zdjecia. Powiedzial. Plik Pamela. Pamela to pseudonim Agnies. Sama tak
wymyslila. Potem otworzyl zdjecia Rose. Nawet nie wiedzial po co to robi.
Wielki blad. Shit. Rose kiedys powiedziala : Zabije cie jak komus to pokazesz
. Nikt tego nigdy nie ogladal. Ona to widzi pierwsza. Jest naprawde pierwsza
od Rose. Po Rose. Szybko przelatywal setki zdjec przegladarka. Nawet nie
patrzyl na ekran. Nareszcie. Nareszcie zdradzil Rose. Widzisz jak zmienila
sie powiedzial. Nic nie odpowiedziala. Patrzyla. On nie. Poczul zmeczenie.
Nie wszystko naraz. Powoli. Ale to nie on idzie ostro. Pogubil sie. Lezala
w wannie. Patrzyla jak sie golil .Wstala. Mokra. Moge ci ogolic glowe?
Zapytala. Czul jak staranie drapala jego czaszke. Powoli. Uwazala aby
go nie pokroic. Gladka ogolona czaszka. Zdjecie bunkra z Kambodrzy. Czaszki.
Pol Pot. Czerwone Kmery. Chceli zbudowac czysty komunizm. Pare milionow
zabitych. Trupy. Czaszki. Zlikwidowali wszystkie pojecia i wartosci. Pieniadze.
Milosc. Kobieta. Mezczyzna. Sztuka. Estetyzm. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Rose. To musialo sie zle skonczyc. Trwalo o rok za dlugo.
Zapomniec. Spac. Nie myslec. Wrocil myslami do tomu trzeciego. Ona. Ona
I Roy. Hotel w Rzymie. Biale majtki. Z kim tam byl? Z Nadia. Przypomnial
sobie. Rzym. Bylo goraco. 45 °. Duszno. Lezeli nago, lepili sie od
potu. Przez otwarte drzwi na balkon bylo widac najpiekniejszy pejzaz na
swiecie. Rzym. Forum Romanum. Park Borghesse. Fontanna Milosci. Muzeum
Watykanu. Jej smiech. Spocony smiech Nadii. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Gaela. Pomyslal. Mala blondynka. Kiedy Gaela przestala dla
niego pracowac poczula sie niepotrzebna. To Gaela zrobila festiwal Tadeusz
Kantor i on. Uciekla do Chin. Do pracy. Uniwersytet. Pekin. Potem do niego
wyslala tekst o fototece. Bylam za mloda. Napisala. Nie rozumialam. Wystukala
w Chinach tekst o fototece "Akt rozproszony". Duzo zrozumiala.
Potem. On nie byl w Pekinie, a przeciesz juz kiedys mial bilet w tamta
strone. Wtedy, przed laty, jak okradl go kolekcjoner. Nie mogl tam poleciec,
ale tego samego dnia, wieczorem, spotkal Nadie. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Siedzieli na mezzaninie. Ogladali "Deep End" Skolimowskiego.
Nigdy tego nie widzialam. Powiedziala. Dobre kino. Gra tam Jane Asher.
Podobna do Sophie. Scena w basanie. Pod woda. Klasyka. Roy tez robil podobne
zdjecia. Wszyscy takie robili. Pomyslal. Lubil jak zostawala na noc. Rano
zostawil ja spiaca i dyskretnie poszedl na targ. Kiedy przyjechala Sara
na swoja sesje to jeszcze jedli te poranne swierze ostrygi. Sara byla
bardzo zdenerwowana. Otoczyl ich tlum. Dwuch chlopakow do swiatel. Dziewczyna
do makijazu jest jak niedzwiedz I do tego cala na niebiesko. Modelka z
Litwy. Ladna. Banalna. Swietlana. Czy cos takiego. Przestawili cala pracownie.
Zainstalowali swiatla. Praca na planie. Przerazona Sara gubi rytm. Musi
sie spieszyc. Przez samym seansem robi im razem pare fotek. Na probe.
Czuje jej male drobne cialo wtulone pod pache. Zeby tylko Sana nie wymazala
tych zdjec. Pomyslal. Wynajeta litewska modelka mowi tylko po angielsku.
Sara sie placze wiec ona przychodzi z pomoca. Wydaje rozkazy modelce.
Wchodzi na plan. Widac ze wiele zna. Widac ze wiele widziala. Roy. Roy
i Inni. Sara sie uspokaja. Praca nabiera rytmu. Padaja tylko krotkie urwane
slowa . Rozkazy. Dudni muzyka. Zrobilo mu sie slabo. Ile razy to ona sama
byla przed obiektywem?. Pomyslal. Godzinny pracy na planie. Do upadlego.
Do zdretwienia. Przeszla dobra szkole. Roy. Najlepsza. Poczul sie naprawde
zle. Poszedl na gore. Niepotrzebnie pil biale wino do tych ostryg. Polozyl
sie. Na suficie blyskaly swiatla flashu z pracowi. I ten glos. Po angielsku.
Na tle muzyki. Tresowala Modelke. Krotkie rozkazy. Jak trzask bata. Kiedy
przerwala I wyszla na gore rozpial jej dzinsy i wbil sie ustami w jej
kotke. Mruczala. Przerwal. Za duzo ludzi dookola. Chcial wszystkich wygnac
z pracowni. Kiedy wreszcie Sara skonczyla I zostali juz sami zgasil swiatlo.
Zajmij sie mna. Powiedzial. Natychmiast zrozumiala. Blady, zamglony ksiezyc
dawal wrazenie ze jej cialo ma kolor z olowiu. Olowiany zolnierzyk. Samotny
wojownik. Pomyslal. Kolor bunkra z cementu. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Potrzebne mu sa wakacje. Niebawem poleci do Zakopanego. Byl
tam niedawno na zaduszki, bylo cieplo, jesiennie, ale teraz bedzie zimno
i duzo sniegu. Oglada codziennie pogode w Zakopanym przez internet. Brakuje
mu tego. Tatry. Pomyslal. Kiedys szedl z Darkiem na Koscielca. Male ostre
gowno. Tylu tam spadlo. Lawiny. W srodku zimy. Z slabym sprzetem. Jeszcze
za komuny. Kiedy w sniegu po pachy, zamarzniety i oslepiony poczul ze
za chwile sie odklei od sciany, poprosil o line. Ulamek sekundy. Uslyszal.
Darek nucil: "Did you ever Go clear?" Leonarda Cohena. Przeszly
go dreszcze ze strachu, ale poczul line. Zrobilo mu sie goraco. Zrozumial
ze Darek wiedzial ze on spal z jego zona. Mogl go tam zostawic. Nie bylo
by sledzctwa. Alarm lawinowy. Nie wolno im bylo wychodzic. Na dworcu PKS
nic do siebie nie mowili. Zaplacil mandat za Darka. Nie wolno palic na
dworcu. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. W srodku nocy poszla z
komorka do lazienki. Sprawdzic wiadomosc. Potem nie mogla zasnac. Miala
szeroko otwarte oczy. Klopoty? Zapytal. Nie. Shit. Grajmy w otwarte karty.
Poprosil. Zapytala: Czujesz sie samotny? Tak. Ja tez. Odpowiedziala. Lezeli
obok siebie w ciemnosci. Jak dwie cmy. Dwie cmy, ktore wala glowa o rozgrzana
zarowke. Paryz. Zarowka. City of lights.To granie w otwarte karty zabrzmialo
jak modlitwa. Skomlenie. Nie rob mi krzywdy. Tego nie da sie powiedziec
siedzac przy stoliku z ruletka. Te karty sa od bardzo dawna znaczone.
Maja polamane rogi i wgiecia. Tymi kartami nie da sie grac otwarcie. Jeden
wielki Las Vegas. Swiatlo i Cmy. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Las Vegas. Byl tam piec razy. Casino Golden Nuggets, Casino Rio, Casino
Luxor. Goraca ,sucha noc. Nie teskni. "Five hundred" powiedziala.
Za cala noc. Do dzis pamieta jej ciemny usmiech. Jej ciemne cialo. Dorabiala
na studia. Ostro dorabiala. USA. Ameryka to jego zamknieta ksiazka. Wielkie
dzielo. Dziesiec lat latania przez Ocean. Atlantycki. Dziesiec lat latania
przez cale USA , z Nowego Jorku nad Pacyfik. Przejechal legendarna highway
number one z San Diego do San Francisco. Tam I z powrotem. Z Douglasem.
Douglas mial swira do jezdzenia. Pierdolona szybkosc. Dobre auta. Byl
jego pilotem na Torze Laguna Seca w Kalifornii. Amatorski rajd, niedzielne
jezdzenie w kolko przez 24 h. Trzeba bylo pilota. Zeby nie zasnac przy
kierownicy. Zgodzil sie. Drugiego dnia niemieckie BMW przekoziolkowalo
przed nimi kilkakrotnie i wbilo sie w mur opon ochraniajacy widzow. Wybiegl
z gasnica. Stos opon syczal topiac sie wysoka temperatura rozgrzanego
silnika. Wyrwali poskrecane drzwi. Wyciagneli kierowce. "Das is gut,
das is gut". Zyl. Polamany. Zrobilo mu sie niedobrze.
Tak naprawde to nienawidzil samochodu. Nigdy nie zrobil prawa jazdy. Byl
dzieckiem jak jego matka miala powazny wypadek. Kilka lat odwiedzal ja
w szpitalach. Byl wtedy maly. Brakowalo mu matki. Przez lata. Potem bylo
za pozno. Nigdy nie oswoil tej samotnosci. Do samotnosci. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Dawniej jezdzil z Kosciuszkami. Siedzieli
w Cafe Rio na Jana. Zakladali sie kto bedzie szybciej w Myslenicach, lub
Zakopanym. Zardzewiale Polskie Fiaty, Lady, Moskwicze, Skody. Podrasowane.
Wyjace, smierdzace spalinami wraki. Gowniarze. Smarkate, lokalne James'y
Dean'y. Na rajdzie pod Wroclawiem Jankowi zablokowalo hamulce. Maciek
wlazl pod gorace auto. Jest OK. Mozesz jechac. Na mecie Janek wyskoczyl
z fury I uderzyl Macka piescia w twarz. Mackiek niczego nie naprawil.
Odblokowal hamulce odcinajac przewod. Janek wygral rajd bez hamulcow.
Bili sie dlugo. Macka juz nie ma. Zawal. Teraz Janek jest milionerem.
Jego syn rajdowym Mistrzem Polski. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Podroze. Ucieczka czy lekcja? Tak naprawde to woli Europe. Romantycznie.
Jak mila piosenka. Mala literatura. Krotka nowela. Ale w ciaglym ruchu.
Wiecznie od wiekow. Pasja. Barok. Rzym. Watykan. Napisali ze skandal ,bo
sikala na placu watykanskim w filmie Roy'a. Bzura. Powiedziala. To bylo
gdzies indziej. W Rzymie ale nie Watykan. Pod zwyklym murem. Prasa tylko
szukala sensacji. Powiedziala. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Jacek Szmuc uciekl z Krakowa do Australii i zabral ze soba wszystkie zdjecia.
Hippisow. Piotr Marek. Krzysztof Niemczyk ,Gulla. Zdjecia Dominiki. Dominika.
Malowala sobie piersi na zielono. Podnosila sweter i patrzyla mu w oczy.
Podoba ci sie ? Tak. No to chodz. Ile wtedy mial lat ,15? Dominika wsadzila
glowe do piekarnika I puscila gaz. Shit. Czy Jacek ma nadal jej zdjecia?
Australia. Daleko. Za daleko. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Krajobraz po bitwie. Stare, zarosniete trawa pole minowe. I ten jej bunkier.
Strach. Oswoil sie z niedoleczona depresja. Ale nie oswoil sie z samym
soba. Nawet buddysci mu nie pomogli. Sylvana miala takie dziecienne cialo.
Jeszcze bardziej jak ona. Wrobelek. Sylvana Byla bardzo zaangazowana w
Buddyzm. Duzo praktykowala. Zachecala go do dyscypliny. O 6 rano. Byla
z Palermo. Sycylia. Wiecznie cierpiala na brak swiatla I ciepla w Paryzu.
Palermo. Jego Palermo. Z Claudine. Z Nadia. Jak mafia zabila sedziego
Falkone to wprowadzili stan wojenny. Przylecieli wtedy do pustego hotelu.
Upal straszny. Spac sie nie dalo. Cala noc sluchali dudniennie helikopterow.
Czolgi. Pustka. Wszyscy uciekli z goracego miasta. Pieciogwiastkowy hotel
mial nawet zamknieta restauracje. Jedyne miejsce gdzie mozna bylo cos
zjesc to dworzec. Odmrozona pizza. Spacerowali w ciemnosci. Palermo. Barok.
Nostalgia. Melancholia. Mondello. "Co wy tu robicie?" ktos do
nich krzykna z jedynego samochodu. "Spiepszajcie, tu jest wojna".Uciekli
na romantyczna wysepke Ustika. Nurkowal . Krysztal. Blekit. Kolorowe dno.
Ryby. Czerwone, zolte, zlote, czarno-biale. Sycylia. Drapal sie z Nadia
na Etne. Potworna gora zuzlu. Aktywny wulkan. Trujace gazy. Stopnialy
mu buty jak zagladal do krateru. Wlochy, Palermo, Rzym, Wenecja, Piza,
Florencja, Bolognia, Turyn. Wszedzie inaczej. Druzgoczace Piekno. Turyn.
Czarna bazylika. Wszystko z czarnego marmuru. Tunika. Szmata , w ktora
byly zawiniete cialo Jezusa. Skupil sie. Ekstaza. Religijna ekstaza. Slady
ciala na przescieradle. Plamy zycia. Krew. Pot. Lzy. Sperma. Giorgina
robila mu sniadanie, obiad, kolacje. Pracowala w galerii. Chcieli zeby
malowal dla nich. Sciagneli go z Paryza do Turynu. Konfort pracy. Malowal
non stop. Duzo. Giorgina robila mu zarcie I sprzatala to swoje mieszkanie
zamienione na jego pracownie. Giorgina pisala w kacie swoja prace magisterska
z historii sztuki. Miala taki sliczy akcent. I oczy. Duzy biust. Lubil
ten biust. Kropelki spermy I slady farby z jego palcow. Czysta sztuka.
Krawat notariusza. Jak jej chlopak przyjechal nagle z wojska to musial
sie zwinac. Zeby gowniaz mu nie poderzna gardla. Wtedy marszandka galerii
wsadzila go do palacu swojej przyjaciolki. Duzy mieszczanski palac zupenie
pusty. Kilometry pustych pokoi. Spal w najwiekszym. Materac na srodku.
Nie widac bylo scian. Cisza. Jak na scene. Przypomnial sobie Morrisona
: " Lezac obok zakrwawionej ,nieletniej, ktora wlasnie stracila dziewictwo,
mozna wymyslec nowa religie lub zaplanowac morderstwo "..Czy cos
takiego. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Znowu poczul zimno. Brak.
Poludnia. Slonca. Cieplego morza. Energii. Shit. Pomyslal. Paryz. Brak
swiatla. Brak ciepla. Wilgoc. Brak milosci. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Glaskal ja delikatnie. Z kat masz te blizny na plecach ?
Zapytal. Koles mnie posowal po betonie. Odpowiedziala bez zenady. Nawet
bez obwijania w kolorowy papierek. Tak po prostu. Posowal mnie. Rano zrobil
kawe. Podziekowala mu trzy razy. Zly znak. Grzeczna. Za grzeczna. W lazience
zobaczyl ostentacyjnie polozona szczoteczke do zebow. Uspokoil sie. Ale
to tylko zaslona dymna. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Anonimowosc.
Tak powiedziala Helen. Nie mogl znalesc powodu dla ktorego przyjechala
do Paryza z tamtego pieknego, poludniowego, pomaranczowego miasta. Do
zimnego, cynicznego Paryza? Anonimowosc. Odpowiedziala. Mozna sie otrzec
o kogos I go nigdy wiecej nie spotkac. Helen dostala misje w Nowym Jorku.
Odleciala. Zapracowala sie tam tak ze az wpadla w depresje. Chyba wrocila
na poludnie. Otrzec sie o kogos jak o beton. Tylko zostaja blizny. Male
biale slady, swiecace w ciemnosci. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Slady w ciemnosci. Douglas lubil prowadzic. Mocny duzy samochod terenowy.
Wracali z Grand Canion w Arizonie. W ciemnosci migaly tylko drzewa. Jasne
blizny. Jechali szybko, bardzo szybko. Wypadlo stado saren. Douglas zrobil
to ,co by mu nigdy nie przyszlo do glowy. Zgasil swiatla. Otarli sie o
cale stado pedzacych saren. One wszystkie w ruchu. Oni tez w ruchu. Byly
jak miekkie. Jak na zwolnionym filmie. Ocieraly sie o nich, slyszal stukot
kopytek o szybe I maske. Nadia jeknela z tylu jak mysz, rozgniecona spadajacymi
plecakami. Douglas wreszcie wychamowal poslisk. Dlaczego zgasiles swiatla?
Zapytal. Bo gdyby je oslepili to cale stado by stanelo sparalizowane jak
skala. Wbili by sie wtedy w ten mur z miesa. Juz by ich nie bylo. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Lubil podrozowal z Nadia. Grecja. Sycylia.
Tatry. Nowy Jork. Nevada. Wszedzie gdzie robil fotki na pamiatke to widac
jak Nadia gdzies kuca. Sikala wszedzie tam gdzie bylo pieknie. Ona tez
sikala w Rzymie. Ale nie kucala. Na stojaca. Jak sie ten film nazywal.
Julia. Przypomnial sobie. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Ponad
15 lat temu w Nowym Jorku Beatrice dala mu ultimatum. Mial wybrac. Nowy
Jork czy Paryz. "Give me a break". Poprosil. Polecial na zachod
aby podjac decyzje. Arizona, Uthah, Nevada, California. Szlajal sie strasznie.
Czasami nawet nie wiedzial gdzie jest. Obskurne motele. Luksusowe hotele.
Lotniska. Gory skaliste. Pustynia. Kaktusy. Zdegenerowani indianie. Alkoholicy
i narkomanii. Otkrywanie tajemnicy. Apokalipsa. Wrocil i wybral. Wybral
Europe. Spiepszaj. Syknela Beatrice. Nadal lata na wyspy karaibskie z
mamusia szukac meza. Przyslala zdjecia. Piekna plaza. Ladne ma cialo.
Jeszcze. Po tylu latach. Policzyl. Wszystkie wielkie rozstania zwiazane
sa z jakas plaza. Z Claudine rozstal sie po Sycyli. Z Nadia rozstal sie
po Grecji. Z Myriam po pobycie w Tunezji. Z Gaela po powrocie z Maroka.
Sandrine to chyba Turcja. A Rose ?. Znowu Rose. To byla znowu Tunezja.
Sahara. Kolisseum w El Jam. Szedl po plazy i sluchal Jimi Hendrixa w walkman'e
na pelen gaz. Slonce jeszcze nie zaszlo, a juz bylo widac Ksiezyc. Duzy
pomaranczowy Ksiezyc. Hendrix wyrywal mu mozg. Zagluszyc bol. Rose powiedziala:
chodz. Chodz do pokoju. Ale to bedzie ostatni raz. Na werandzie slychac
bylo szczebiotanie ptakow. Radosny szczebiot z odchodzacego w noc upalu.
Kochala sie z nim mocno. Bardzo mocno. Za mocno. Zeby zaslonic to ze nic
nie czuje. Tunezja. Znowu Tunezja. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Jesienia polecial sparalizowany z bolu do Krakowa. W Dymie plakal do dziewczyny
Petera ze jest stary, ze nigdy juz nikogo nie spotka, ze juz mu nie staje.
Wtedy Malgosia wysmiala go ze jest glupi. Smiala sie przy wszystkich.
Mowila na caly glos: Ze zapomnial o tym ze od czasu jak ona sama zyje
z Peterem to w Dymie widziala go juz chyba z czterema roznymi laskami,
ktore przywiozl ze soba. Smiala sie z jego bolu. Ironia. Nie wierzyla.
Gowniara. Pomyslal. Peter. Prawdziwy kumpel. Ostry performer. Kiedys sie
cpal. Mlodosc. Ich mlodosc. Lezeli z Peter'em zarabani na podlodze. Pomiedzy
nimi laska. Malolata. Nie mogla sobie trafic w zyle. Duza strzykawka.
Za komuny. Dawno. Pomylila sie. Zle trafila. Krew sikala rytmicznie az
do sufitu. Uderzyl ja w twarz. Maly zmiety szczeniak. Gowniarzu, przestan
sie cpac, wrzeszczal i bil. Przestraszyla sie. Ponoc przerwala. Ktos powiedzial.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Peter. Zawsze u niego mieszkal
w Nowym Jorku. Zwlaszcza po tym jak stara Suzane przeprowadzila sie po
emeryturze do Arizony. Miala w Down Town taki duzy loft ze nie mozna bylo
zdazyc dobiec do telefonu. Znala Picassa. U Petera na Soho bylo ciasniej.
Ale fajnie. Mexykanskie piwo. Muzyka. Zawsze ktos sie krecil. Staral sobie
przypomniec imie tego Czecha czy Slowaka. Zatrzymal samochod posrodku
mostu z New Jersey do Manhattanu. Przerzucil nogi przez balustrade. Skoczyl.
Nawet go nie znalezli. Edward przyslal DVD z Londynu. Film, ktory nakrecil
w San Francisco. O tych co popelniaja samobojstwo skaczac z Golden Gates.
Film sie nazywa "Death Leap". A przeciesz wszystko mialo byc
inaczej. Spotkal przypadkowo Perrine. Myslal ze mieszka od dawna w Londynie.
Uciekla. Kiedys chodzila z chlopakami do lozka jak po papierosy. Z wszystkimi.
On tez. Cos sie w niej zlamalo. Peklo. Rozmawiali dlugo. Rozumiesz, ja
nic nie pamietam. Jeczala. Mialam ich tylu ze nic nie pamietam. Nie mam
nic. Rozumiesz? Nic. Jestem pusta. Teraz jakby jej zakleilo. Sama sobie
zakleila. Marzy o wsi i chodowaniu koz. Wies. Natura. Pireneje. Rose.
Shit. Przestac myslec.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Kiedy ostatnio bylo mi dobrze?
Pomyslal. W Egipcie. Podroz. Nie polecial tam aby sie z kims rozstawac.
Polecial tam sam tylko dla siebie. Luxor, Karnak, Edfur. Nareszcie. Zobaczyl.
Zwiedzal w samotnosci. Histora Sztuki. Podstawy wszystkiego. Nieskonczonosc.
Milczal i patrzyl. Nikim nie musial sie opiekowac. Pytac czy ma pragnienie,
czy jest zmeczona. Caly typowy burdel. Bez gadania do kogos, bez porannego
szturchania. Sam na sam. Wstawal o 6 tej rano. Aby zdazyc zobaczyc swiatynie
przez miazdzacym upalem. Zobaczyc. Widziec.Dotknac. Pamietac. Nil. Dookola
pustynia. Suchy upal z Sahary. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Lezal jak faraonska mumia. Polmrok. Ona siedziala na nim. Czul jej scisnieta
pochwe otoczona rudym zarostem. Tak jak na zdjeciach Roy'a. Jej ciepla
cipka. Narzedzie zycia i smierci. Barokowa kaplica z dzwonnica lechtaczki.
Wilgoc zycia. Renesansowy urok greckiej bogini. Antyczne piekno. Jej napiete
miesnie nog. Podnosila sie i opadala. Regularnie. Jak fenicki statek z
czterdziestoma wioslami na monotonnej, srodziemnomorskiej fali. Ugryzl
mocno jej malutka sutke. Zajeczala ale nie przerwala. Trzymala ster. Poczul
kropelki potu splywajace po jej plecach. Po jej bliznach. Beton. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Gwaltownie odwrocil ja na brzuch. Wszedl w
nia. Zaciskala posladki. Potem patrzyl na jej tylek jak szla do lazienki.
Takia pupe widzial juz w atenskim muzeum. Grecka bogini. Lezaca. Podparta
na lokciu. Wszyscy glaskali ten marmur. Tylek swiecil wypucowanym bialym
marmurem. Najpiekniejsze poslatki Swiata. Niesmiertelnosc. Cywilizacja.
Estetyka. Sztuka. No i to zdjecie Roy'a. Ona tylem w otwartym oknie. Posladki.
Te same. Tak, jest niesmiertelna. Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Grecja. Byl tam wiele razy. Kult piekna i slonca. Milosc.Od
Aten po Rodos i Krete. Mykonos. Delos. Paros. Kos. Santorin. Pomyslal.
Ah, wysepka Santorin , to resztki nuklearnego kataklizmu. Wyrwany z morza
wulkan. A raczej krater. Jak nastapil naturalny wybuch to woda morska
wlala sie w to gardlo. Nastapila straszliwa eksplozja. Setki bomb atomowych.
Przez lata bylo tyle pylu w powietrzu ze nic nie rozkwitalo. Slonce dawalo
tylko ponure swiatlo. Niektorzy mowia ze cywilizacja na Krecie tak umarla.
Z glodu. Nic nie roslo. Z zanieczyszonego powietrza tworzyl sie filtr.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Jego podroze po morzu Egejskim.
Pepek Swiata. Tu sie narodzila nasza cywilizacja, kultura, sztuka, teatr,
poezja, filozofia. Narodziny Europy. Pomyslal. Kawalek wody pomiedzy Grecja
i Turcja. Efez. Tam zmarla matka Chrystusa. Biblioteka Efez. Podpalil
ja wariat ,ktory chcial byc niesmiertelny. Jest niesmiertelny. Efez. Aspendos.
Hierapolis. Utopia. Piekno. Estetyzm. Konya. Byl na grobie fundatora tancerzy
derwisz. Sufizm. Najbardziej suptelny nurt estetycznego islamu. Myslal
o Blekitnym Meczecie. Istambul. I ta wsciekla , patologicznie zazdrosna
Sandrine. Z orientalnymi oczami. Z orientalnym cialem. Orientalny taniec
brzucha. Mocna, wysoka, silna, z duzym biustem. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Zajrzal do albumu Roy'a ,zna juz go na pamiec. Dzwonila.
Zostawila wiadomosc. Znalazla zdjecia. Inne albumy. Filmy. Pokaze mu .
Kiedys. Siadl do komputrera. Czul renesans jezyka Ojczyzny. Dawno nie
pisal. Slowa powoli powracaly. To ona to zpowodowala. Powrot slowa. Slowo.
Obraz. Pisal. Bez celu. Czasami sie zatrzymujesz w pol zdania. Powiedziala.
Chcial byc precyzyjny. Szukal slow. Zapatrzyl sie. Lubil francuski. Jezyk
i dziewczyny. Sam robil ciagle bledy. Francuski. Wszystkie mialy cos z
poczekalni do psychoterapy. Niedopowiedziana tajemnica. Zawsze intelektualnie
interpretowaly sex. Psychoanaliza. Trzeba sie polozyc aby mowic. Mowic
o Matce, Ojcu i Sexie. Rzez duze S. Pomyslal. Ciekawosc. Czasami mialy
w konciku ust usmiech. Jak mowil ze swoim slowianskim akcentem. Jak milo
mowisz. Czesto slyszal. Ciekawosc. Rose miale tez akcent, tylko z poludnia.
Spiewala. Mowila spiewajac. To wszystko. Brak mu tego. Tendresse. Czulosc.
Tendrese=amour, gentillesse, affection, attachement, attendrissement,
effusion, caresse, amabilité, douceur, amitié. Jak to pieknie
brzmi. Brak mu tego. Rose. Burdel. Troche czulosci. Kurwa mac. To wszysko.
Kilka gramow czulosci. Uciazliwy zwierzecy brak. Chce znowu wyc. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Nowy Jork. Szczury. Cale stada szczurow. W
Cat's Club dlugo obserwolal dziewczyne. Caly wieczor patrzyl z ukrycia
na jej piekne gole plecy. Jak zniknela to wyszedl. W ciemnosciach uslyszal
szmer ze stosu porzuconych kartonow. Szczury. Pomyslal. Odwrocil glowe
I zbaranial. W kartonach lezala dziewczyna. TA dziewczyna. Zaciskala gumke
zebami. Wbila sobie igle gleboko. Prosze Cie. Nie patrz na mnie. Wyszeptala.
Please. Don't look at me. Prosba. Modlitwa. Szczury. NYC. Milosc I nienawisc.
Wszystko na krawedzi brzytwy. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Gaela chodzila do parku. Zbierala witki. Ostre swierze galaski. Przychodzila
i kladla te witki na stole. Nic nie mowila. Potem kapala go. Duzo piany.
Myla go zamydlona gabka, powoli. Kladla te galezie na poscieli. Odwracala
sie. Zagryzala zeby na poduszce.Teraz. Szeptala. Chlostal ja tymi witkami.
Polamal na niej pare galazek. Syczala z bolu. Kazala mu sie potem sposcic
na te czerwone pregi. Sperma i krew. Komunia. Pojednanie. Nawracanie niewiernych.
Wyrzynanie indian. Krwawa komunia. Milosc podawana z nozem na gardle.
Wojna stuletnia. Byla taka mgla ze nie mogli rozpoznac kto katolik, a
kto protestant. Padl rozkaz. Wyrznac wszystkich. Bog swojego rozpozna.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Brak tolerancji. Tolerancja. Wyspa
Delos. Antyczny Las Vegas. Totalna tolerancja i Milosc. Delos. Zbudowali
bulwar z dziesiatkami swiatyn. Dla kazdego boga. Codziennie bylo nowe
swieto. Codziennie swietowali innego boga. Olbrzymi teatr pod golym niebem.
Jeden wielki festyn. Delos byl tylko zabroniony dla starcow i chorych.
Zabronione bylo tam umierac. Umierajacych deportowano na wyspe obok. Delos
nie znal cierpienia, brzydoty, lez. Nawet niewolnikow traktowano na rowni.
Delos przez kilkaset lat to sex, sex, sex. Cywilizacja. Kultura. Sztuka.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Istambul. Palac Topkapi. Jeden
facet I kilkaset lasek. Przez kilka wiekow. Palac. Park. Estetyka do skrajnosci.
Tylko dla jednego chuja. Wladza. Tysiace mlodych dziewczat. Z calego swiata.
Najpiekniejsze dziewice. Kilkaset lat bez zmian. Wladza. Przemoc. Pragnienie.
Emancypacja. Rewolucja. Wojna. To wszystko tylko dlatego ze ktos komus
nie dal dupy. Albo dal, tylko komus innemu. Jedna wielka Wojna Trojanska.
Niczego sie nie nauczylismy. Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc
inaczej. Utopia. Pierwsze uniwersalna cywilizacje stworzyl Aleksander
Wielki. Cywilizowal antyczny Swiat swoja armia wiernych i zakochanych
w nim chlopaczkow. Nawracal na estetyke. Nozem. Sila. Utopia krwia zaplacona.
Wielka lekcja tolerancji. Jak wszedl do Babilonu to zbaranial. Nie mogl
zrozumiec z totalitarny system Persow wymyslil cos takiego. Takie piekno.
Otruli go. Jak wszystkich. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Codziennosc.
Samotnosc. Uplywajacy czas. Zadzwonil. Gagali ponad godzine. Przyjde jutro.
Powiedziala. Bylo to jak stare kino. Dobre kino. Déjà vu.
Jak weszla szedl Dylan. Na cala pare. Desire. Co to ? Dylan. Jeszcze cie
wtedy nie bylo na swiecie. Powiedzial. Desire. Jak ta plyta wyszla to
dopadli ja jak wrony. Byla zima. Za komuny. Jakas piwnica w Krakowie.
Ewa. Muzyka na full. Pili wodke. Stanela przed nim. Zaczela kolysac swoje
biodra. Jej szeroka sukiennka falowala. Bylo widac dziury w potarganych
ponczochach. Podnosila dlugie czarne cyganskie wlosy obiema rekami. Dylan.
Desire. Kolysala sie w rytm piosenki "Isis". Czul jej spocony
brzuch tuz przed nosem. Kochali sie jak dzieci. Brakowalo im wszystkiego.
Mieli tylko siebie. Mieli milosc ale nie mieli wolnosci. Wolnosci wyboru.
Ewa. Ktos mowil niedawno ze zwariowala. Moze tylko tak mowil. Na korytarzu
ASP patrzyla mu w oczy. Nie dales mi zadnej szansy. Powiedziala. Ewa.
Uciekl do Londynu na pare miesiecy. Myslal ze spotka dzieci kwiaty, a
spotkal punkowych gowniarzy. No Future. Londyn nauczyl go duzo. Klasowa
walka. Marks I Engels. Camden Town. Shit. Ile mial wtedy lat? Pomyslal.
23 urodziny spedzil w Londynie u Macka. Zapedzil sie w samego siebie.
Nie pamietal imiona tej irlandki. Byla piegowata, cala, wszedzie. Byla
w Chile jak zamordowali Aliende. Opowiadala ze byla w hotelu obok palacu
prezydenta. Pocisk z bazuki przelecial przez jej pokoj. To tez bylo 11
wrzesnia. Po tym zamachu stanu deportowali ja zpowrotem do Angli. Chile.
Do dzis sie nie moga doliczyc ile zamordowali tam ludzi. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Londyn. Nie wiedzial co robic. Zostac? Wracac? Palil
trawe. Irlandka zaspiewala mu piosenke: "Trzecie wyjscie". Stara
ballade.
O wyborze. Nigdy jej nie zapomni tej lekcji." Trzecie Wyjscie."
Wiele mu ta piosenka pomogla. Znalazl wyjscie. Wrocil i spotkal Claudine.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Czasami trzeba wrocic po sladach.
Po tych sladach na sniegu. Zeby potem dalej skoczyc. Odbic sie. Przejsc
po linie. Wbic pokrwawione paznokcie w sciane. Kochac. Kochac. Kochac.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wieczorem gladali film "
Opowiesci Zwyklego Szalenstwa ". Marco Ferreri . Stare kino. Dobre
kino. Deja vu. Wedlug ksiazki Charles'a Bukowsky'ego. Styl. Obrona prawdziwego
stylu. Duza agrawka. Jak sie nazywala ta wloska aktorka?. Nie pamietal.
Wbija sobie duza agrawke w policzek. Poezja. Na koncu znowu wbija te sama
agrafke ale nie wpoliczek. W cipe. Zamyka sobie wargi sromowe. Wszystkim.
Na zawsze. Styl. Sztuka. Piekno. Sztuka. A przeciesz wszystko mialo byc
inaczej. Tym razem kochali sie spokojnie. Smiala sie. Czul jej smiech
od pochwy az do gardla. Jej scisnieta pochwa drgala jak gardlo. Mial w
niej orgazm. Nie, nie wychodz. Sproboj jeszcze raz. Sprobowal. Znowu.
Cieplo wymieszanych plynow . Gorace. Coctail milosci. Nie myslec o smierci.
Lubie ci sprawiac przyjemnosc. Powiedziala. Unikala jego zwroku. On tez.
Bolaly go plecy. Zrobie ci masaz. Kiedy skonczyla to polozyla sie na jego
zmeczonych plecach. Ciepla kolderka. Czul jej male,ostre sutki. Kolysala
go. Jak do snu. Cieply ciezar. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Rankiem zobaczyli niebieskie niebo. Raj. Nareszcie. Pierwsze slonce. Poszli
do parku. Siedzieli na sloncu wtuleni w siebie, jak dwa wroble, aby nie
czuc zimnego wiatru. Pierwsze slonce. Dobrze mi z toba. Powiedziala. Kiedy
przyjezdza J.M.? Zapytal. W czwartek. Znowu wieczor. Przy wodce. On nie
pil. Ona tak, ochoczo. Lubi to. Mowila ze kiedys brala ekstazy, a teraz
tylko afetamine. Czasami. Zapytala o czym mysli. O niej. Powiedzial jej
o jej bunkrze. Powiedzial jej o tym kurewskim bunkrze. Plakala. Mowil
do niej, o niej. To co juz wiedzial. Niedojrzala matka. Nieobecny jeden
ojciec. Abstrakcyjny drugi ojciec. Typowy uklad. Zbudowala Bunkier. Nie
potrafi kochac. Wie ze ja kochaja. Lubi jak ja kochaja. Ale ona nie potrafi.
Nie jej wina. Przerwal. Probowala mu dopowiedziec. Nazwala to laboratorium.
Laboratorium wiwisekcji. Eutanazja. Autopsja. Byla prosta i szczera ,a
on unikal banalow. Tak tak I tak. Nie owijal w bawelne. Mowil szybko.
Monolog. Dudnila muzyka. Let it bleed. Niech sie wykrwawi. Plyta Rolling
Stonsow. Zagubienie w oczach. To tak nie moze trwac w nieskonczonosc.
Musi wyjsc z bunkra. Tam tez jest niebespiecznie. To jak ten prom kosmiczny,
ktoremu brakuje jednej plytki izolacyjnej. Wszyscy to widzieli w TV. Amerykanski
prom spalil sie w atmosferze. Biala strozka w atmosferze. To tyle. Ze
wszystkimi kosmonautami. Jedna plytka byla uszkodzona. Z paru Tysiecy.
Wszyscy o tym mowili. Niewielu jednak wiedzialo ze w tym promie splonal
stary bohater. Jednym z kosmonautow byl Bohaterem Narodu Izraelskiego.
Byly pilot, ktory ochotniczo prowadzil kiedys eskadre izraelskich mysliwcow.Mialy
zadanie zbombardowac iracka centrale atomowa. Nie mieli wiele szansy do
powrotu. Wydrapali sie do stratosfery I z tamtad poslizgiem dolecieli
do Iraku. Francuskie rakiety zrownaly z ziemia centrale nuklearna budowana
przez francuzow. Wszyscy piloci wrocili. Nie zabraklo paliwa. Bohaterstwo.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Umowil sie na zdjecia. Wreszcie.
Dobrze mi to zrobi. Napisala w mailu. Jemu tez . Pomyslal. Wlaczyl TV.
Irak.
Z obrzydzeniem wylaczyl telewizor. Ciezarowka z tona dynamitu. W starej
dzielnicy Bagdadu. Boom. Masakra. Jedna z wiekszych w ciagu ostatnich
4 lat. Amerykanie przegrali te wojne jeszcze przed nacisnieciem pierwszego
guzika. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Nie przeanalizowali pochodzenia
parii Baaz. Wyrodek Sovieckiego komitetu centralnego. To tam to zplodzili,
dla arabow. Aby sie nauczyli nacionalizmu. Taki zielony bolszewizm. Zielony
leninizm. Amerykanie zrobili beznadziejny skrot geopolityczny. To byla
wielka bomba z dlugim lontem. Teraz nie ma wyjsca. Zamurowane. Nie ma
z kim negocjowac. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. A buc, ktory
zorganizowal zamach 11 wrzesnia 2001 nadal siedzi w pakistanskiej grocie.
Polityka kamienia lupanego. Grota. Nora. Zasrany Swiat. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Pierwszy raz w zyciu uslyszal o tym w 1975 roku. Cwierc
wieku przed WTC. 9/11. W Aserbajdzanie. Sovieckim Aserbajdzanie. Malutkim
kraju pomiedzy pustynia a Morzem Kaspijski. Piasek i nic wiecej. Mial
20 lat. Mlodzi w Baku mu wytlumaczyli ze przyjda zmiany. Kiedy? To jest
tylko sprawa czasu. Wspomnieli o Chomeinim. Nikt jeszcze nie wiedzial
kto to taki. Mloda dziewczyna smiala sie z niego. Byla w Komsomole bo
kazali. Wy jestescie glupi. Mowila. Wszyscy. Rozpiepszymy was wszystkich
od srodka. Wsadzila Zwiazek Soviecki i Ameryke do tego samego kibla.
I sposcila wode. W mundurku konsomolu wysiadajac z autobusu zdjela buty
I zakryla twarz. Tak trzeba. Powiedziala. Zniknela idac boso po brudnej
ulicy. W konsomole uczyla sie strzelac z kalasznikowa. Dla dobra ojczyzny
sovietow. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzwonek. Przyszla zmeczona.
Przyniosla swoj film Julia. Zrobil kolacje. Rozluznij sie. Do zdjec nie
mozesz byc napieta. Poszla sie kapac. Przygotowal polaroidy, swiatlo,
materac, ogrzewanie. Wlaczyl film Julia. Masz teraz mniejszy nos. Powiedzial
patrzac na jej twarz z przed lat. Ale cialo to samo. Rzym. Julia. Bardzo
slaby film. Roy jest wielkim fotografem. Ale ma niestety aspiracje filmowe.
Niestety, bo to ma niewiele wspolnego z kinem. Przypadkowy zlepek. Jest
fotografem, nie jest rezyserem. Ostatnie minuty filmu najlepsze. Jak sika
w Rzymie. Lepsze to od calego filmu. Wrocil do fototeki. Zrobimy kilka
polaroidow na probe. Powiedzial. Puscil Doors'ow. Lezala w czerwonych
bucikach. Nago. Czerwony snureczek. Zaczal od bucikow. Sterylnie. Fragmentarycznie.
Kawalek po kawalku. Widac ze to lubi. Jeszcze jej nie ogladal w takim
ostrym bialym swietle. Jej rude wloski. Wypnij bardziej tylek. Powiedzial.
Zmien buty. Na inne zasznurowane. Wygladaja jak noze. Ostre. I jej nagie
cialo. Dzieciece. Piekne. Male. Przytulne. Wypiela sie. Ja nie wiem jak
wygladam z tylu. Pokaze ci. Powiedzial. Wszedl w nia. Zaczeli sie kochac.
Wesolo. Gryzl ja po karku. Patrzyla z pod powiek w lustro. Na niego. W
ostrym swietle halogenu. Mruczala i obserwowala go przez zacisniete powieki.
Dalej robil zdjecia. W koncu ona tez wyciagnela maly aparat z torebki.
Strzelali sobie fotki. Razem. Fajna zabawa. Dobrze mi to zrobilo. Powiedziala.
Na koncu to wlasnie ona sama zrobila najladniejsze ujecie wieczoru: Pusty
materac, pomiete przescieradlo posypane polaroidami. Slad. Odeszlo to
w wiecznosc. Pomyslal. Zdjecie jest bezposrednim swiatkiem naszej przeszlosci.
Amen. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Nastepny szary dzien. Zadzwonil
wieczorem. Byla wyczerpana. Chora. Przyjdz. Powiedziala. Najpierw przywital
sie z kotem. Czesc Fritz. Powiedzial. Miau. Odpowiedzial Fritz. Byla w
pizamie, swetrach, szalikach, pantoflach. Kaszlala. Pili zielona herbate
i ogladali zdjecia. Mala kilka fajnych ujec Roy'a. Dzisiaj wygladasz inaczej.
Zazartowal. On tez wygladal zle. Zchudl 5 kg od wrzesnia. Lezeli wtuleni
pod koldra. Byli zmeczeni. Nic z tego nie bedzie. Zacisnela palce na jego
czlonku. Skonczyla go szybko. W nocy palil papierosy. Sluchal jej ciezkiego,
nieregularnego oddechu. Meczyla sie z gardlem. Fritz tez chrapal swiszczac.
Pewie sie nazarl swoich klakow. Rano wstal wczesnie. Oboje wygladali jak
zombie. Zalowal ze tu przyszedl. Nawarstwiajace sie zmeczenie. Warstwa
na warstwe. Byla jeszcze noc. Padal snieg. Mokry. Nie moge dluzej zyc
w tym napieciu. Pomyslal. Wielomiesieczna noc go dobijala. Robil bilans
za bilansem i nic to nie dawalo. Caly czas deficyt. Deficyt wszystkiego.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. "Sa takie których
choc bardzo by chcialy nie da sie dotknac rekami" tak napisala Blanka.
Tanczyla na ulicy zeby nie spac na ulicy. Napisala tez o tancu ze to:
" Dedykuje wszystkim samotnym zebrakom, którzy patrzyli na
mnie niebieskimi oczami. Tym, co sie nigdy nie sprzedali i tym, co sprzedaja
siebie, by nie sprzedac marzeñ. Tym, co im starczylo odwagi, ale
wzieli za malo prochów (90 to za malo). Albo nie te (nie brac prochów
we Francji, za slabe). Tym, co w nich teraz wiatr hula". Tak pisala.
Dzieki Blance dowiedzial sie ze 90 prochow to za malo. We Francji. Uratowala
mu tym zycie. Jemu. Samotnemu zebrakowi z niebieskimi oczami.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Emmanuel. Mowili na niego Manu.
Manu przychodzil do niego jak do siebie. Stary kumpel Nadii. Talent. Muzyka.
Teatr. Slowo. Mowil kilkoma jezykami. Przypomnial sobie to lato. Rekordy
goraca. Sierpien. 45° w cieniu. Rose pracowala wiec nigdzie nie wyjechali.
Na basenach tlum. Nie bylo warto. Siedzieli z Manu dzien w dzien na tarasie.
Kilkadziesiat litrow rozowego lekkiego wina z Avignonu. Dobre sery. Owoce.
Salata. Zalewali sie ze smiechem. Marzyli. Wspominali. Niekonczace sie
dyskusje. Duzo literatury. Mowili o kinie. Dobrym kinie. O wolnosci. O
nadziei. Byl taki gorac ze nawet nie mozna bylo sie upic, a w nocy spac.
Rose przychodzila i patrzyla z szeroko otwartymi oczami na ten tarasowy
bajzel. Rozpoczynal sie drugi akt. Goraca noc i nadal to wino. Z Rose.
Kochali sie na tarasie. Spali pod golym niebem. Bylo widac gwiazdy. W
Paryzu to rzadkosc, ale z powodu tej pogody zycie wielkiego miasta zamarlo.
Polowa Paryza uciekla. Nie bylo zanieczyszczen. Widac bylo mrugajace gwiazdy.
Kochali sie pod gwiazdami Paryza. Pod koniec lata Manu zadzwonil. Banalna
rozmowe przerwal nagle: Po co ja sobie bede zawracal tym glowe. Rozlaczyl
sie. Wlazl na krzeslo. Mial okna w suficie na dach. Wydrapal sie. Skoczyl
z tego dachu. Kurwa mac. Kurwa mac, Manu. Powiedzial jak patrzyl na trumne
z dwiema datami: 1963-2003. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Czwartek.
Popatrzyl na zegarek. Jest juz po 19-tej. Pewnie myje glowe. Na spotkanie
z J-M. Pomyslal. Stalo sie. Piepszona wyobraznia. Jego stara popierdolona
wyobraznia. Jego zmeczony mozg. Co trzeba zrobic zeby nie myslec. Pomyslal.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Cos trzeba zrobic. Wyszedl w mokra
noc. Bez celu. Bylo pusto. Cicho. W ciemnosci ktos wyszeptal jego imie.
Nie mogl ich rozpoznac z tymi czarnymi szalikami na twarzach. Agnes i
Celine. Kleily plakaty dla Action Directe. Ultralewicowa organizacja.
Lewicowi terrorysci. Lata temu. Kiedys. Teraz wszyscy gnija w wiezieniu.
Dozywocie. Rak mozgu. Schizofrenia. Dziewczyny kleily nielegalne plakaty
z apelem o amnestie. Sa zielono szare na twarzach. Nie wiadomo czy z zimna
czy ze strachu. Jakby je dopadla bojowka nazistowskich skinow to maja
przejebane. Lub policja. Wiec zeby bylo szybciej to naklejaja golymi dlonmi.
Wodnym klejem. Jest chyba 0°. Przestancie sie trzasc. Powiedzial.
Chodzcie na herbate. Myly dlugo swoje szare dlonie w kuchni. Trzymaly
te palce w cieplej wodzie i szczebiotaly. Rozluznialy sie. Gadali o wszystkim.
Nie o polityce. A moze i o polityce. O wszystkim. Pily herbate za herbata.
Ociagaly sie. Wreszcie, pozno, odeszly w te zimna noc zeby kleic. Zostawily
mu jeden plakat. Na pamiatke. Bede pamietal. Powiedzial. Agnes i Celine.
Ta sama Agnes co plik Pamela w jego komputerze. Dziwne. Ktora prawdziwa?
Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzielnica . Jego dzielnica.
Najlepszy Paryz. Komuna Paryska. Anarchisci. Komunisci. Artysci. Muzulmanie.
Zydzi. Rosjanie. Integrysci. Afrykanczycy. Arabowie. Polacy. Czarni. Czerwoni.
Niebiescy. Zolci. Wszystkie kultury, narody. Duza czesc na lewych papierach.
A jak papiery sa dobre to cos z glowa nie tak. Policja chodzi tu tylko
grupowo. Na placu Henri Krasucki sa cztery bary. Zawsze cos sie dzieje
jak nawet nic sie nie dzieje. Egipska zupa i biale piwo. Jego kolacja.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzien . Nowy dzien. Przyszedl
mail od Blanki.: " Nie potrafie dzisiaj Mowic. Oczywiscie nie przez
caly czas - przed chwila nawet darlam sie jak zabijana - ale to nie jest
Mowa. Czuje, ze naprawde bierze mnie szalenstwo - juz to niekontrolowane
- bo za duzo chyba we mnie...Kamienie... Kamienie nasuwaja skojarzenie,
ze sie nimi rzuca - ale paradoks, to to, ze ci, ktorzy ewentualnie byliby
na celu, nigdy tych slow nie przeczytaja, tylko inni, w ktorych nie rzucalabym
nigdy niczym. " Wesolo. Kurwa. Pomyslal. Tylko zeby sie nie pochlastala.
Albo rzucila pod metro. Juz probowala. Ktos ja zlapal za te szmaty co
nosi. Ma w sobie wariatke. Wie o tym. Jak w tej swojej piosence co mu
spiewala." J'ai une folle en moi- mam w sobie wariatke. "..Ma
to napisane zyletka na czole, i w oczach. A przeciesz wszystko mialo byc
inaczej. Kupil czekoladowy tort. Przyszla. Jej urodziny. Z dziennym opoznieniem.
Ale nie jest pierwszy na liscie. Jest was dwoch. Powiedziala i parsknela
smiechem. J-M odjechal do Londynu. Wiec przyszla. Jeszcze na resztkach
pigulki ekstazy. Tanczyla do 6 rano. W Rex Club. Miala szeroko otwarte
oczy. Zdmuchnela swieczki na torcie. Przyniosla duza butelke wodki. Wyborowa.
Lapowka. Przekupstwo. Ofiara. Cos w nim drgnelo. Duza butelka. Zaczal
pic. Szybko. Mimo ze mu nie wolno. Czysta z cytryna. Pil szybciej niz
ona sama. Nic nie pamietal. Zostaly tylko zdjecia. Setka. Ponad. Jak film
krotkometrazowy. Klatka po klatce. Pstrykal jak popadlo. Siedzieli w pracowni.
Przy stole. Zdjela trampki I dzinsy. Rozebrala sie. Przed nim. Wlozyla
czarna sukienke. Otwarta z przodu. Czarne buciki. Christian Lacroix. Blyszczaly.
Krecila sie jak w tancu. Usiadla i polozyka mu swoje nogi na kolanach.
Pil i glaskal. Szla przed nim po schodach do sypialni. Patrzyl na jej
tyl w czarnej luznej sukience. Popatrzyla na swoje odbicie w lustrze.
Nie mam biustu. Nie masz. Powiedzial. Polozyla sie. Robil zdjecia. Sciagnela
tylko do kolan czarne majtki. Wie ze tak jest ladnie. Smiala sie. Trzymala
caly czas szklanke i butelke. Polozyl swoja glowe przy jej kroczu. Chce
autoportret. Zdjecia wyszly zamazane. To nawet nie byl seks. To byl wodkowy
bajzel. Turlali sie po lozku. Usiadla mu na twarzy. Caly czas szczebiotala.
Skakala. To resztki tych prochow we krwi. I wodka. Cala butelka. On nic
nie pamieta. Urwal sie film. Jedno z ostatnich zdjec mowi o wszystkim.
Lezala na brzuchu na rogu lozka. Jej wypiety w powietrzu tylek swiecil
otwartym wylizanym kroczem. Jej glowa z rozgnieciona twarza na podlodze.
Bezwladnie rozzocone rece. Lozko pokryte polaroidami. Ale nie tak jak
ostatnim razem. Zrobione byle jak. Polaroidy poplamione I mokre od wodki,cytryny,
potu i spermy. Bajzel. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Spedzili
cicha, spokojna niedziele jak by zyli razem od lat. Rano zrobila mu sok
ze swierzych pomaranczy. Poszli na targ. Zakupy. Warzywa. Swierze mieso.
Zrobila obiad. Umyla naczynie. Wydawalo mu sie ze mieszkaja razem. Chcial
tego. Pragna tego. Ty durniu. Ona wie co robi. Robi to tylko dla ciebie.
Bo cie lubi . Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wieczorem
przyslala mu kilka zdjec. Swoich. Wygladala na nich jak mala dziewczynka.
Usmiechnieta. Letnia sukienka. Albo w futerku. Snieg na plantach w Krakowie.
Krakow. Jeszcze tylko tydzien. Znowu bedzie siedzial w Dymie. Zakopane.
Sprawdzil pogode. Snieg. Slonce. Jak na pocztowce. Pomyslal. Wynaja sobie
film. Aby sie rozprezyc. Lady Chance. Drugorzedny film z Las Vegas w tle.
O facecie, ktory przynosi pecha grajacym w casino. O kelnerce .
O braku szansy. O polamanym za kare kolanie. Mlotkiem. O twarzy kelnerki
wbitej w lustro. Tez za kare. Drugorzedny film. Lubi takie filmy o Las
Vegas. Taki wspolczesny Egipt. Wspolczesny Delos. Jego Delos. Na slubie
Douglasa w Casino Rio mial wynajety apartament. Tylko dla siebie. Cala
sciana byla ze szkla. Wysoko. Bylo widac pol miasta.
I pustynie za miastem. I gory. A w nich Death Valley. Dolina smierci.
Zabirski Point. Jezdzil tam. Pamieta. Sol. Wielokilometrowe platy snieznobialej
soli. Cisza. Upal. Do 50° w Sloncu. Brak wiatru. Sol zmodelowana skokami
temperatury w ostrza jak brzytwy. Pocial sobie buty. Niegdysiejsze karawany
osadnikow nie mialy zadnej szansy. Krowy ciagnace wozy podaly z krwawiacymi
kopytami. Kola wozow tonely w slonym blocie o stezeniu kwasu. Ludzie umierali
z wysilku, upalu I pragnienia. Dead Valley. Dolina smierci. W inna strone
widac bylo dalekie wzgorza , za ktorymi byla " Area 51". Inna
plaszczyzna smierci. Innej smierci. Wspolczesnej. Tutaj w latach piedziesiatych
byl teren testowania bomb atomowych. Ponad piecset eksplozji w atmosferze.
Wylatywaly okna w Las Vegas. Ludzie wtedy klaskali. Klaskali i dalej grali
w ruletke. Ku chwale USA. Na pustyni sa olbrzymie kratery ze szkla. To
stopiony piasek. Milionowa temperatura zamieniala piasek I skale w plyn.
Jak to gowno styglo to robilo sie z tego szklo. Boom. Boom. Jezdzili tam
ostro. Po kamienistej pustyni. Po twardej jak beton soli. Zatrzymali sie
przypadkowo w opuszczonej norze. Dead Valley Juncion. Nie mieli juz wody.
Pragnienie. Oni i samochod. Rozpiepszona chlodnica. Zatrzymali sie na
rynku poroslym krzakami. Cisza. Wiatr. Pyl. Upal. Opuszczona pomeksykanska
dziura. Mieszkala tam wtedy tylko jedna osoba. Marta Becket. Zwariowana
tancerka, ktora uciekla z Nowego Jorku. Ze rujnowanej stodoly zrobila
sobie teatr. Nie bylo widzow, wiec publicznosc sama sobie namalowala na
scianach. Tanczyla codziennie. Bez publicznosci. Codziennie. Przy swieczkach.
To byl jej styl. Dyscyplina. Zamieszkaj tu. Powiedziala. Wez sobie te
ruine obok i zrob pracownie. Maluj tu. Mieszkaj tu. Powiedziala ta wariatka.
Taka Blanka. Tez wariatka.Tylko 20 lat temu. Marta Becket. Pomyslal. Styl.
Prawdziwy styl. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Samuel. Pomyslal.
Inny Beckett. Przez dwa tt. "Czekajac na Godota". Wszyscy to
czytali. Widzial kiedys spektakl z Romanem Polanskim w roli glownej. Czekajac
na Godota. Uczymy sie tego w szkole ale niczego nie rozumiemy. Trzeba
przejsc przez zycie aby zrozumiec o co chodzilo Samuel'owi Beckett'owi.
Wszyscy jestesmy w tej pierdolonej poczekalni na Godota. Pomyslal. Kurwa.
Styl. Literatura. Przeczytal ostatnio dwie ksiazki o ktorych pamieta.
Przeczytal ich wiecej ale pamieta dwie: Philip'a Roth'a " Dying Animal"
( Zdychajaca Bestia)i "The Surrender" (Oddanie, albo raczej
kapitulacja) Toni Bentley. Roth'a zna od wielu lat, "Bestia"
to taka historia intelektualna: stary facet i studentka. Klasyka. Piepszenie
starego faceta. Mlodej. Intelektualnie. Jak zwykle. Ta druga ksiazka napisana
przez amerykanska pisarke Toni Bentley go zaskoczyla. Hymn o sodomi. Oddanie.
Kapitulacja. Surrender. Jej osobista literacka euforia o 298 penetracji
analnych. Dwa lata dawania dupy. Hit literatury wspolczesnej. Piekno.
Wspanialy jezyk. Dzielo. Styl. Sztuka. Krytyka sie zachlystywala. Nigdy
zadna kobieta nie napisala o tym w ten sposob:.." Rozkosz nie jest
przykladem bolu, to jest terytorium ponad, I to w tym roznica"
On
nie lubil sprawiac bolu. Ale lubil to robic. Stosunek analny. Sodomia.
" Nie lubie tego , ale z toba to lubie". Patrzyly mu w oczy
przez plecy. Przypomnial sobie ile razy one tak mowily. Wszystkie. Nadstawiajac
tylek do gory. Kobiety lubialy jego podejscie do tematu. Mialy zaufanie.
Bez przemocy. Slotko. Bez brania I poddawania sie. Bez krwi. Ona tez mu
to powiedziala. Lubil robic to z nia. Podawala mu jak ciastko z kremem.
Sama prowadzila. Slizgala. Wbijala. Delikatnie rozchylala posladki. Palcami.
Ale jej bol go nie podniecal. Wrecz przeciwnie. Zniechecal. To ma byc
jak ciastko z kremem. Maslanym. Pelnotlustym. Ma sie slizgac. Tu i tam.
Dwie sprawy. Dwie norki. Lubi to. Pragnie tego. On jest zupelnie hetero.
Stosunek analny z kobieta nie ma nic wspolnego z zainteresowaniem homoseksualnym.
Jest wielka tajemnica , z ktorej kobiety czesto nie zdaja sobie sprawy.
Stosunki homo pomiedzy facetami sa oparte na tym ze mezczyzni posiadaja
prostate. A kobiety nie. Dlatego jest inaczej z kobietami. Cala przyjemnosc
jest w pierscieniu analnym. I cipce. W wchodzeniu. I wychodzeniu. Pochwa.
Anus. Rodzaj gry. Tu i tam. Natomiast pomiedzy facetami rozkocz jest dalej
i inaczej: prostata. Draznienie prostaty.To tyle. Styl. Piekno. Sztuka.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zadzwonil. Byla chora. Antybiotyki.
Zatoki. Goraczka. Biedna. Po tych kilku dniach gonienia jak pies, placila.
Mokre wlosy przed spotkaniem z J-M. Tanczenie w Rex Club. Wodka u niego.
Trzy noce jedna za druga. A teraz antybiotyki. Mowi przez zatkany nos.
Gadali sobie dlugo. Wysylali sobie fotki. Poslal jej zdjecia jak byl opalony.
Kiedys. Plaza. Slonce. Relaks. Teraz wyglada inaczej. Szaro -zielona twaz.
Zapadniete oczy. Strach. Maska. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Rozmawiali o zepsuciu. Padlo to slowo przpadkowo. Oddzielil Dobro I Zlo
od Zepsucia. Gra perwersyja. Czy zepsute zlo jest dobrocia? Zapytal. Nie
odpowiedziala. Zapedzil sie daleko. Nie umie klamac. Ale czy mowi prawde?
Przyslala mu zdjecie z komentarzem: "To jest dokladnie to, co mnie
"porusza" najbardziej, najsilniej przemawia..." Jedno smutne
zdjecie. Zdjecie glebokiej, wielopietrowej, pustej klatki schodowej. Chyba
z Krakowa. Klatka. Dziecinnstwo. Przepasc. Studnia. Schody dookola. W
srodku pustka. Dno. Tak, to przepasc. Przepasc z naszej przeszlosci. Przypomnial
sobie inna klatke, podobna, ulica Smolensk. Podworko. Jaskolki w srodku
lata. Pierwsze kroki. Zardzewiala skrzynka pocztowa. Punkt zero. Terytorium
pamieci. Gleboka studia. Klatka schodowa. A przeciesz wszystko mialo byc
inaczej. Przyszedl Swiety Walentyn. Dzien zakochanych. Pomyslal. A raczej
nie zakochanych. Milosc nie potrzebuje juz Swietego Walentynego. Popatrzyl
w okno. Krople deszczu na szybie. Szaro. Poslal jej piosenke Leonarda
Cohena.
"If you want a lover I'll do anything you ask me to
and if you want anather kind of love I'll wear a mask for you."
Tylko w jaka maske sie przebierze? Mial juz tylko jedna. Swoja morde.
Pysk.Ten co nosil codziennie. Stary. Zniszczony. Ma tez inna maske na
scianie. Rose kupila w Tunezji w sklepie z pamiatkami , taka indonezyjska
maska jakiegos maszkarona. Okropny grymas. Przylozyla ja na twarz i zatanczyla
polnaga w hotelowym pokoju. Rytualny taniec konca. Podarowala mu. Prezent.
Ostatni. Bedziesz zawsze myslal o mnie patrzac na to. Powiedziala. Cynicznie.
Przybil te maske do sciany. Gwozdziem. Wstretny grymas. Tam gdzie wisial
jej portret. Kiedys. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zadzwonila
po pracy. Poszli do Café Charbon. Tlum na Sw Walentyna. Wszyscy
spragnieni milosci. Wygladala przy nim jak mala dziewczynka. Czerwony
plaszczyk. Czerwone korale na szyi. Grzywka. Konski ogon. W restauracji
tylko mlodzierz. Imponowalo mu to. Tania satysfakcja. Widzial w oczach
innych zazdrosc . On stary, zmeczony, lysy. A ona ile moze miec lat? Widzial
to w tych spojrzeniach. Taniocha. Wiedziala co robi. Dla niego. Mala dziewczynka.
On ja bardzo lubi za to ze go troche lubi. Szczebiotala do niego usmiechnieta.
Prawie nic nie pili. Taka mila kolacja. Rizotto i tatar. Spacer do domu.
W gore ulicy Menilmontant. Sluchali troche muzyki klezmer. David Krakauer.
Czul sie lekko. Spokojnie. W sypialni bylo goraco. Rozebrala sie. Wszystko
na czerwono. Zostaw korale. Nie zdejmoj. Zajmij sie mna. Powiedzial. Ona
lubi to jak on prosi. Nie bierze inicjatywy, bo czeka jak poprosi. Pieprz
mnie. Powiedzial. Ja cie zawsze piepsze. Odpowiedziala. Zawsze. Lubi go.
Troche. Zasmiala sie. Podarowala mu to jak chcial. Tu, tam I znowu tu.
Piepszyla go. Skonczyl na niej. Dwa razy. Az sie zdziwila. On tez. Pochlapana.
Swiecaca. Ciepla. Rozluzniona. Mila. Jutro czwartek.
J-M. Opowiadasz mu o swoich przygodach?. Zapytal. Czasami. O niektorych.
Powiedziala. Zasnela. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Tataounie.
Pomyslal. Tatauine. Bylo to kiedys. Pomyslal. Poludniowa Tunezja. Klin
Sahary pomiedzy Algieria i Libia. Dawny oboz dla francuskich kryminalisow.
Baza legionow. Nigdzie. Koniec asfaltowej drogi. Dalej kamienie. Miasteczko
otoczone czerwonymi gorami. Dalej sie nie da jechac bez specialnego sprzetu.
Wode i benzyne trzeba wlec ze soba. Kiedy wysiedli z terenowego auta to
ledwo trzymali sie na nogach. Taki upal. Bolaly ich plecow od wielokilometrowego
skakania auta po kamieniach. Pragnienie. Piasek zgrzytal w zebach. Palil
oczy. Hotel w dolinie. Raj. Dookola gaj palmowy. Dalej pustynia. Skaly.
Czerwone. Posrodku basen. Blekitna czysta woda. Skoczyl. Czol chlod wody
na spalonej skorze. Nawet sie nie wytarl. Wyschlo w kilka sekund. Szedl
dlugim korytarzem. Cisza. Pusto. Cala kupa oprawionych zdjec na scianach.
Nie zwrocil na to uwagi. Otworzyl drzwi. W pokoju bylo chlodniej. Klim
na max. Lezala na bialym przescieredle. To bylo jeszcze wtedy kiedy go
kochala. Dawno. Mowila to kazdej nocy. Kocham. Kocham naprawde. Na zawsze.
Biala posciel. Naga. Z paskami opalenizn. Poparzen od slonca. Pomaranczowo
brazowa. Ze sladami przeciwslonecznych okularow i chustki na ustach. Zeby
piasek nie gryzl. Lezala na plecach. Stal i patrzyl jej w oczy. Powoli
rozchylila nogi. Byla tam juz mokra. Bardzo mokra. Ale to nie byl pot.
Patrzyl na te male kropelki splywajace na posciel. Krzyczala nie wydajac
glosu. Aby ja nie slyszeli. Bo to tylko hotel. Spokoj. Ciche, gorace popoludnie.
Miala szeroko otwarte usta. W grymasie krzyku. Drapala jego nadpalone,
poparzone plecy. Bila go po tych plecach. Przywarla do niego.
Lalo sie z niej. Cieply, goracy plyn. Mial czerwone oczy. Od piasku. I
lez. Lez szczescia. Tataouine. Tunezja. Chce mi sie pic. Powiedziala.
Wstal. Wyszedl z pokoju szukac baru. Szedl korytarzem i zbaranial. Te
zdjecia. Na ktore wczesniej nie zwrocil uwagi. Oprawione, stare zdjecia.
Wszedzie. Na nich mlodzi, radosni chlopcy. Blond z jasnymi oczami.
W pastelowych letnich mundurach. Krotkie spodenki. Africa Corps. Pancerna
dewizja Generala Rommel'a. Trzecia Rzesza. 1942. Niemiecka proba odbicia
francuskich i brytyjskich kolonii w Afryce Polnocnej. General Rommel.
Bral sie za Aleksandra Wielkiego. Nic po nich nie zostalo. Tylko te zdjecia.
Pustynia. Mlodosc. Ambicja. Wojna. Pancerne samochody aliantow zapadaly
sie w piasku. Nie mogly wyjechac z wydym. Niemcy natomiast mieli gasienice
na kolach. Jezdzili po piasku jak weze. Latwo im bylo celowac to tamtych,
zagrzebanych, zablokowanych. Bum. Bum. Gowniarze polowali na gowniarzy.
Bum. Bum. Potem sobie robili zdjecia. Trofea. Jak na safarii. Rozwalone
czolgi, auta pancerne. Rozwaleni gowniarze. Z Anglii. Nowej Zelandii.
Francji. Australii. No i z Polski. A oni z Monachium czy Kolonii. Frankfurtu.
Hamburga. Pozowali. Robili sobie pamiatki mlodosci. Cieszyli sie. Drobne
dopiski na zdjeciach. Odreczne. Wielka wystawa chwaly Wermachtu. Africa
Corps. Tataouine. Zbaranial. Stal przed tymi zdjeciami. Sparalizowany.
Wyszla z pokoju. Co jest grane. Gdzie ta woda. Pic mi sie chce. Powiedziala.
Spadamy z tad. Natychmiast. Pakuj sie. Odpowiedzial. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Byl w Tunezji juz dziesiec razy. Z Myriam. Z Sandrine.
Z Rose. Sahara. Lubial tam jezdzic. Najpiekniejsze pejzaze, widoki. Ocean
wydm. Piasek. Czerwony. Zolty. Bialy. Pustynia soli. Pustynia piasku.
Pustynia skal. Tozeur. Douz. Tataouine. Chenini. I ta oaza : Ksar Ghiliane.
Baza dla terenowych aut. Jeden wielki parking. Dziesiatki aut. Nigdzie.
Pejzaz jak z ksiezyca. Rajdowe, terenowe, roznokolorowe auta. Wszedzie
gdzie popadlo. Niektore pogniecone i porozbijane. Jezdzenie po Saharze
to nie zarty. Baza. Tu byl Raj. Woda. Benzyna. Namioty. Palmy. Stado wielbladow.
Naturalne zrodlo cieplej wody. Mozna bylo sie nareszcie umyc, wykapac.
Zmyc piasek. W nocy rozpalali duze ogniska. Sluchali muzyki I spiewu arabskich
kierowcow. Jedli przy swieczkach. Spali na piasku. Na kocach. W namiotach
bez podlogi. Nad nimi miliony gwiazd. Wszedzie. Krystaliczno czyste powietrze.
Kosmos. Wrzechswiat. Jedna wrzasnela ze strachu jak skorpion przebiegl
jej po twarzy. Smiali sie. Tamta nie mogla zasnac. Plakala. Rano gwaltowna
pobodka. Dla wszystkich. Przed wschodem slonca. Stali i czekali. Cisza.
Msza. Celebracja piekna. Stali I patrzyli na ocean wydm. Na kilka minut
wschodzace slonce zalewalo wydmy czeronym kolorem. Na kilka minut. Dech
im zaparlo.
W ciszy slychac bylo tylko trzaski aparatow fotograficznych. Kilka minut.
Koniec. Zolty piach i upal. Koniec. Kilka minut. A przeciesz wszystko
mialo byc inaczej. Poczol znowu zmeczenie. Cisza. Bezsilnosc. Zycie jest
podroza. Pomyslal. Jego podroz. Tylko on teraz siedzi jak autostopowicz
na plecaku przy skraju drogi. Drogi do nikad. Drogi zmytej powodzial.
Albo peknietej po trzesieniu ziemi. Nieskonczonej. Nie ma nikogo , kto
by mogl go zabrac. Czekanie na Godota. Przestan. Pomyslal. Przestan. Przecierz
juz masz bilet do Krakowa. Jeszcze pare dni. Pomyslal. Pocieszyl sie.
Podroz. Zycie. Jedna wielka podroz. Tadeusz Kantor powiedzial: "Ja
juz dawno oposcilem autostrade awangardy i ide swoja sciezka na cmentarz".
Dobrze powiedzial. Wleczenie sie na cmentarz. Z plecakami. Workami. Walizkami.
Cale nasze zycie. Pomyslal. Podroz. Ucieczka. Zycie. Nic nie bylo z gory
obiecane. Jedne wielkie oszustwo. "Gdzie jest to obiecany bankiet?"
Spiewal Jimi Morrison. Lezy teraz na cmentarzu Pere Lachaise. Zapil sie
na smierc. Zacpal sie. Chcial byc poeta. Chcial byc niesmiertelny. W Paryzu.
Jest niesmiertelny. Jest poeta. Jego muzyka. The Doors. Wainting for the
sun. Riders on the storm. Dudnilo mu w glowie. Muzyka. Ratunek. Celebracja.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Przypomnial sobie. Dzisiaj jest
wieczor poswiecony Frankowi Zappie. W malej knajpce. Przychodza tam rozne
swiry sluchac Zappy. Pojde tam. Pomyslal. Wieczorem. Aby zapomniec. Jak
ona bedzie myc glowe. Przed spotkaniem z J-M. A przeciesz wszystko mialo
byc inaczej. Frank Zappa. Lubi go. Ma okolo szesdziesieciu plyt Cd Zappy.
Widzial go na zywo chyba z piec razy. Ciagle to slucha. W barze bylo goraco.
Biale piwo. Poprosil. Muzyka. Glosno . Po piatym piwie , kiedy jakas Swieta
Magdalene usilowala mu wcisnac swoje poglady na temat Swietego Franciszka
Zappy, poddal sie. Byl niegrzeczy. Jak rzadko. Spadaj suko. Powiedzial.
Czy cos takiego. Rzadko byl wulgarny, ale na szczescie byla tak pijana
ze nie zrozumiala. Zrobilo mu sie wstyd. Tania agresywnosc. Wyszedl z
baru. Czy juz jej wyschly wlosy? Pomyslal. Aby zapomniec to wpadl do innego
grajdola. Feline Club. Bylo juz pozno. Rokowa muzyka na zywo. Burdel.
Wszyscy pijani. Wszyscy krzycza. Ciasno. Bialeeee piwooo. Wrzasnal. Nieee
maaam. Tylko zwyklee. Wrzasna barman. Shit. Niech bedzie zwykle. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Weekend. Jego prezentem na 28 urodziny Estery
byl bal u niego w pracowni. Estera I Misiu przygotowali caly sprzet. Bal
na cala noc. Mlodzierz. Fajnie bedzie. Pomyslal. Przyszla. Wziela ekstazy.
Przyznala sie. Pila. Mowila szybko i glosno. Ale uwazala zeby on nie pil.
Grzecznie kontrolowala. Tanczyli. Fajnie bylo. Zadzwonil telefon. Zbaranial.
Rose. Zbaranial. Pyta czy moze przyjsc zobaczyc Estere. Zbaranial. Weszla.
Piec miesiecy temu wyszla tymi samymi dzwiami. Piec miesiecy. Schudla.
Wyglada ze jest zmeczona, zapracowana. Zrobilo mu sie zal. Jej i siebie
samego. Przywitali sie dyplomatycznie, a moze cynicznie. To wystko. A
przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Impreza trwala cala noc.
Nie zamowil ani slowa z Rose. Apokalipsa jest za nami. Glowe mial gdzies
indziej. To byl wieczor dla Estery. Glosna muzyka, projecja video na scianie,
migotanie swiatel. Mimo uwagi to jednak upil sie. Stal sie senny. O piatej
nad ranem wyladowal jak kloda w lozku. Prawie wszyscy wyszli. Zostala
Estera, Rose I Ona. Na ekstazy. Przez dwie godziny gadaly, szczebiotaly,
pily I smialy sie razem. Jednej kobiety nie zrozumiesz przez sto lat.
Wiec nie proboj zrozumiec trzech na raz. Pomyslal. Poddal sie. Rose wyszla
ostatnia. Zostala tylko ona. Ona zamknela te drzwi za Rose. A przeciesz
wszystko mialo byc inaczej. Niedziela. Nadszedl ostatni wieczor przed
odlotem. Znowu byla mila, spokojna, specjalnie dla niego. Panowala atmosfera
zrozumienia. Proba nadziei. Byl zrezygnowany. Potrzebuje tej podrozy.
Musi tam poleciec. Odlaczyc sie . Wiem. Uslyszal. Wie on nim duzo. Bez
tajemic. Zrobila salate. Ogladali telewizje. Kochali sie tak jak chcial.
Spali wtuleni. Czul sie dobrze. Rano w lazience przygladal sie jak sie
maluje. Wypili kawe. Przed wyjsciem, juz w czerwonym plaszczu, odwrocila
sie i przytulila go. Bedzie mi cie brakowac. Uslyszal. Trzasnely drzwi.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.
Bogdan Korczowski
wiosna 2007
Korczowski Prawa Autorskie©2007
Wszystkie materialy na stronie internetowej Korczowski chronione sa prawami
autorskimi. Zadna praca nie moze byc reprodukowana, kopiowana, przechowywana,
przetwarzana, albo uzyta w calosci lub czesci, bez pisemnej zgody. Wszystkie
prawa zastrzezone.
|